Tajwan

Tajwan w deszczu pod górę i pod wiatr

Tajwan przywitał nas gigantyczną ulewą, taką z rodzaju tych monsunowych nawiedzających strefy podzwrotnikowe w porze deszczowej – ściana wody, której nijak nie dało się pokonać mimo przezornie wrzuconych do plecaków w ostatniej chwili hobbitowych peleryn przeciwdeszczowych, które nie jeden już raz pupska utrzymały we względnej suchości. Spodziewaliśmy się przelotnych opadów, a kilka dni wcześniej będąc jeszcze w Korei nawet regularnie śledziliśmy prognozy pogody w oczekiwaniu na przejaśnienia. Tylko jakoś nie przyszło nam do głowy aby zweryfikować sprawdzalność tych prognoz – no, to teraz już wiem, że żadnej kasy bym na to nie postawiła. Bo w podróży czasem bywa tak, że wszystko sprzysięga się przeciwko Tobie i już od pierwszej nanosekundy rozpoczynającej Twą wyczekiwaną wędrówkę po ziemi jeszcze Ci nieznanej, los otwiera popcorn i rozkosznie rozsiada się na kanapie odpalając kabareton Twoich niepowodzeń.

A plany tym razem przecież były – oj były! Treki po parkach narodowych, pola herbaciane, natura z dala od zgiełku a miejska dżungla to tak tylko przejazdem, raczej z konieczności. I pewnie wszystko to by się udało, gdyby nie fakt, że dwa tygodnie przed naszym przylotem, wschodnią część Tajwanu nawiedziło największe od lat trzęsienie ziemi…

Gdy dżungla do której trafiasz nie do końca trafia do Ciebie

Zamysł był taki, aby pierwszy dzień i noc spędzić zwiedzając Taipei, a kolejnego od razu ruszyć do perły tej dość pokaźnej wyspy – Parku Narodowego Taroko, który jawił mi się w wyobrażeniach niczym Bieszczady – opustoszałe, rozległe, zielone. W sumie to dalej go tak sobie wyobrażam i chwilowo na wyobrażeniach musi się zakończyć, bo nigdy tam nie dotarłam… No ale od początku…

Czekamy na lotnisku w gigantycznej kolejce do odprawy paszportowej, bo siedem okienek zamkniętych a w dwóch z pięciu czynnych, koleżanki po fachu prowadzą śmieszkowe tête-à-tête, jedno okienko zaprasza tylko rodziny z małymi dziećmi, a jeszcze jedno zarezerwowane jest chyba dla VIP-ów, bo tylko jakaś grupka bardzo ważnych Polaków cebulaków dość bezceremonialnie się do niego pcha nie bacząc na nikogo i na nic. Próbując zabić czas oczekiwania, logujemy się do lotniskowego wi-fi i pierwsza wiadomość jaką dostajemy natychmiast przetasowuje nasze najbliższe plany. Bo oto czeka na nas krótka notka od gospodarza guest house’u w którym mieliśmy pomieszkiwać między zdobywaniem szczytów w Taroko, że Park zamknięty na cztery spusty przez rozległe osuwiska skalne po nie tak odległych trzęsieniach ziemi, które stwarzają zagrożenie i władze parku zdecydowały się (2 tygodnie po fakcie, bo po co się spieszyć) zamknąć teren celem uporządkowania i zabezpieczenia czego trzeba. Ale Pan Landlord oczywiście serdecznie zaprasza tyle, że musimy liczyć się z tym że naszą największą atrakcją będzie łapanie kropel wciąż lejącego się z nieba deszczu w cynowe kubki, bo w okolicy nie ma praktycznie niczego poza górskimi szlakami.

Zdroworozsądkowo decydujemy się przegadać temat w hotelu w Taipei, gdy już wydostaniemy się z lotniska, przebrniemy przez barierę pt. znalezienie jakiegokolwiek działającego bankomatu (bo w portfelach jedynie koreańskie wony a Internet mówił że kartę miejską można tylko za gotówkę – okazało się że internet oszukiwał, ale co swoje straciliśmy na odstanie w kolejkach do lotniskowych bankomatów, to nasze).  Gdy już się nam to udaje, wbijamy w miejską dżunglę – zaskakująco, wcale nie tak tłoczną jakby mogło się wydawać – może tym razem deszcz przegonił ludzi z ulic? Choć do deszczu mieszkańcy Taipei to akurat przywykli, świadczą o tym gęsto porozrzucane po mieście punkty samodzielnego wypożyczania parasolek (coś na kształt opcji z hulajnogami elektrycznymi), wszechobecne stojaki na ociekające parasole przed niemal każdym sklepem czy lokalem usługowym czy automatyczne osuszacze parasoli na wejściach do centrów handlowych (z którymi spotykaliśmy się też później w Hong Kongu).

Taipei – nieco dłużej niż zamierzaliśmy

Planując spędzić w Taipei tylko jedną noc, zdecydowaliśmy się na stosunkowo niedrogi hoteli dość blisko centrum – niska cena okupiona była brakiem okna w pokoju (czego nie znoszę) ale na potrzebę regeneracji w postaci prysznica i snu musi wystarczyć.

Po przestudiowaniu dostępnych opcji transportowych, noclegowych i przede wszystkim lokalizacyjnych i mając świadomość, że za dwa dni musimy być powrotem w Taipei – bo mamy wówczas kupiony już z dużym wyprzedzeniem bilet na pociąg i autobus w okolice środkowego Tajwanu, decydujemy się pozostać w Taipei dłużej i przez najbliższe dwa dni robić jednodniowe wyskoki pociągami na wschód i północ, aby zwiedzić nieco inną część kraju, skoro Taroko nie okazało się zbyt gościnne. Tym samym, zanim ruszamy w gąszcz miasta na wieczorne podziwianie Placu Wolności i okalających go budowli, rezerwujemy inny hotel na kolejne dwie noce (bo pozostanie w obecnym niechybnie byłoby przyczynkiem do klaustrofobii) i zapuszczamy się na wielokilometrowe kluczenie po miejskich zaułkach.

No i co tu dużo mówić, takie późno-wieczorne zwiedzanie, gdy na zewnątrz przyjemne ciepło, deszcz się zlitował i odpuścił, a po drodze udało się znaleźć wyśmienitą wegańską knajpkę z przepysznym i tanim jedzeniem, jest jak wiatr w żagle po nieudanym początku. Wiedziałam, że wpływy chińskie owocują monumentalnymi budowlami i faktycznie znajdująca się na tyłach Placu Wolności – Chiang Kai-shek Memorial Hall robi wrażenie. Na tyle, że postanawiamy tam pobiec o świcie dnia następnego, tym bardziej, że słońce wreszcie wypełzło spod ciężkiej pierzyny chmur.

Bieganie po Taipei nie należy do najłatwiejszych i bynajmniej nie chodzi o nachylenie terenu, bo ścisłe centrum jest całkowicie płaskie, natomiast liczba skrzyżowań (a co za tym idzie przejść dla
pieszych i świateł), które trzeba przeciąć aby dobiec do Placu Wolności z którejkolwiek strony, jest przeogromna i bieg ciągły jest niemal niemożliwy (chyba, że biegniemy tam o 5 nad ranem, wówczas jest zdecydowanie łatwiej). Ale za to na samym placu można już biegać bez konieczności ciągłego zatrzymywania się podziwiając okalające nas zadbane i zacienione ogrody, w których dziarskie towarzystwo seniorów wita słońce czarując rzeczywistość niezwykle płynnymi ruchami tai-chi, ogrodnicy pieczołowicie przycinają niesforne listki bujnych krzewów a w całej tej enklawie w środku miasta, dźwięki ruchu ulicznego tłumione są przez lokalne ptactwo wiodące żywot głównie w miejskich żywopłotach. I przyjemnie jest tam być tę “chwilę przed”.

Gdy dzień się nieco rozpędził, ruszyliśmy w okolice parku Expo, który znajduje się w bliskiej odległości od rzeki przepływającej przez miasto. Chcieliśmy zobaczyć bulwary, jednak okazały się one… nie istnieć. Po drodze odwiedziliśmy coś na kształt lokalnego skansenu oddającego w dość estetyczny sposób domostwa sprzed lat i gdyby nie odbywające się tam sesje zdjęciowe, głównie na potrzeby ślubne, pewnie byłoby jeszcze przyjemniej spacerować po tym terenie, bo spokój, który tam panuje, przyjemnie wycisza.

Taipei 101 (już nie) najwyższy budynek na świecie

Do roku 2010 Tajwan był dumnym właścicielem najwyższej budowli na świecie – liczącego 101 kondygnacji i niemal 510 metrów budynku Taipei 101. Co prawda miano to stracił na rzecz Burdż Chalify, jednak w dalszym ciągu majestatycznie króluje nad Taipei.

Nie mogliśmy sobie odmówić zobaczenia go na własne oczy, szczególnie, że okoliczny tropikalny park na wzgórzach oferuje wyjątkowo piękne kadry na stolicę Tajwanu, gdzie sam Taipei 101 subtelnie wkomponowuje się w panoramę miasta. Wejście na wspomniane wzgórza w wilgotności oscylującej w granicach 95% jest trekiem należącym do mniej przyjemnych ale oczywiście wysyłek i wyjątkowo płytki oddech wynagradza samo zdobycie szczytu. Po drodze zaś w bonusie przyroda wręcz zabiega o Twoją uwagę i to jest bardzo godne polecenia.

 

Pociągiem na Północ a może na Wschód?

Od dziecka lubię podróżować pociągami, i mimo, że pierwszą przygodę z koleją przeżyłam dość późno, bo pewnie dopiero jako sześciolatka, to zafascynowały mnie wtedy duszne przedziały z milczącymi ludźmi i ich termosami z herbatą, pakunkami na kolanach i kanapkami owiniętymi w papier śniadaniowy, który chwilę później zapychał mikre pod-stolikowe kosze na śmieci.
Lubię też pociągowe dźwięki i to zarówno to rytmiczne, choć obecnie już coraz rzadziej słyszane stukanie kół po torach … tuk-tuk, tuk-tuk, tuk-tuk … które zawsze mnie usypia, ale też nosowe komunikaty wypływające z trzeszczących głośników a poprzedzone specyficznym gongiem, który zawsze kojarzy mi się z Warszawskim Dworcem Centralnym lat 90-ych, opanowanym przez szajki gołębi. A później gdy już siedząc w wywalczonym miejscu przy oknie, zaczynam przysypiać tuląc głowę do szyby, pani w nienagannie wyprasowanym mundurku PKP z impetem otwiera drzwi, pragnąć zaoferować mi przepaskudną kawę rozpuszczalną i pysznego Prince Polo. Tyle że takich pociągów próżno szukać nie tylko na Tajwanie ale obecnie już nawet w Polsce coraz rzadziej na nie natrafiam…

Tajwańska sieć kolejowa działa całkiem sprawnie i według mnie jest jednym z lepszych środków transportu gdy chcemy przemieścić się w nieco dalsze zakątki na wyspie. My, nie mogąc “wypłynąć na głębokie wody” i ruszyć w górskie Taroko postanowiliśmy wsiąść w pociąg podmiejski i dotrzeć do Shifen – głównie po to aby uciec od miejskiego zgiełku na rzecz bujnej przyrody. Ćwiczenie to wymagało jednej przesiadki i 50-minutowego postoju w totalnym wygwizdowie, jakim okazało się być Ruifang – nie działo się tam absolutnie nic ale i tak warto było zrobić sobie spacer w mżącym deszczu wzdłuż smrodliwego potoku, po to aby zobaczyć jak życie płynie poza ogniskami turystycznego amoku, którego mieliśmy doświadczyć już wkrótce. Gdy po tej niemal godzinie przymusowego postoju, załapaliśmy kolejny pociąg, ludzi nagle jakby się namnożyło i dotarło do nas, że wszyscy oni jadą w jednym kierunku – o zgrozo tym samym co my…

Stare miasteczka kolejowe, lampiony i pańska skórka

Zupełnie nie rozumiem popularności Shifen – to tak jakby ktoś narzucił całemu Tajwańskiemu światu dziwną modę na odwiedzenie tego miejsca i puszczenie w niebo lampionu z życzeniami pomyślności – co też Tajwańczycy tłumnie robią – obowiązkowo na środku torów kolejowych. Odkrywcza nie będę pisząc, że Chińczycy to chyba najbardziej przesądna nacja świata i jak widać Tajwańczycy również – (tak – nie traktuję Chińczyków i Tajwańczyków jako jednej nacji ) i o ile przeszkadza mi to bardzo gdy w grę wchodzi mordowanie rekinów, nosorożców czy Bóg jeden wie jakich jeszcze stworzeń – bo sproszkowane rogi, bo płetwy, bo coś tam .. rzekomo czyni cuda, uzdrawia, dodaje energii, jurności czy magicznych mocy, o tyle przesądy i wróżby wypisane własnoręcznie na lampionach mają znikomą szkodliwość (może poza walającymi się ich niespalonymi szczątkami w okolicznych górach, które według mnie powinni po sobie sprzątać).

W każdym razie ów ceremoniał puszczania lampionów został przekuty w gigantyczną machinę do wyciągania pieniędzy od turystów, gdzie mniej więcej 150 metrowy pas po obu stronach torów na stacji kolejowej to jeden wielki market z jedzeniem, bibelotami i każdą możliwą tandetą dla turystów…

Prawda jest taka, że powolnie zbliżając się do tego grajdołka, siedząc jeszcze w pociągu w pierwszej chwili, niemal natychmiast jednogłośnie podjęliśmy decyzję, że w przeciwieństwie do 98% pasażerów, nie wysiadamy tu, tylko jedziemy dalej do kolejnego miasteczka, które i tak planowaliśmy odwiedzić. Jednak po chwili namysłu zwyciężył pragmatyzm, bo przecież jeśli zostawimy sobie Shifen na koniec (jedynym punktem, który autentycznie nas tam interesował był Wodospad Shifen i nie chcieliśmy z niego rezygnować przez dzikie tłumy dworcowych turystów, przez które będziemy musieli się przebić) to patrząc na liczbę ludzi, która będzie z nami wracała pociągiem pod koniec dnia, będziemy mieli nikłe szanse na to żeby do tego pociągu w ogóle wejść, nie mówiąc już o znalezieniu miejsca siedzącego. Zatem lepiej ogarnąć to teraz a następnie ruszyć do kolejnej wioski (Pingxi) i mieć pewność, że stamtąd nie będziemy mieli kłopotu z powrotem do Taipei.

Zatem wyskoczyliśmy z pociągu, przepchnęliśmy się między dymiącymi straganami z jedzeniem, nagabującymi sprzedawcami lampionów, rozemocjonowanymi rodzinami, które robiąc przy tym niemiłosiernie dużo hałasu, zapamiętale wypisywały życzenia bogactwa, miłości i powodzenia w życiu na różnobarwnych papierowych latarenkach, które chwilę później w błysku fleszy i przy aplauzie bliskich puszczali w przestworza. My zaś ruszyliśmy w kierunku całkowicie przeciwnym niż wszyscy, żeby obrać drogę dłuższą bo okrężną ale dzięki temu też spokojną i pustą – do najlepszej atrakcji oferowanej przez ten rejon. Tu muszę przyznać, nie zawiodłam się bo wodospad do którego prowadził łatwo dostępny szlak, okazał się być naprawdę ładnie umiejscowiony i jeśli wejść odpowiednio wysoko, okoliczna bujna roślinność dość szczelnie zasłaniała gromadzących się u jego zboczy azjatyckich turystów, którzy w przeważającej większości ograniczali się do podziwiania jego wspaniałości z najniższego punktu widokowego. Mi to odpowiadało :)

Jeszcze tylko szybkie lody posypane świeżą kolendrą i orzeszkami ziemnymi, zawinięte w … naleśnik i wsiedliśmy do pociągu, który zawiózł nas tylko 20 km dalej ale jakby do innego świata – Pingxi – sennej miejscowości z kilkoma sklepikami i kilkoma turystami. Tak jakby absolutnie wszyscy postanowili zostać tam gdzie wypuścili w niebo swoje lampionowe życzenia.

I wtedy wszystko zwolniło …

W Pingxi już spokojnie i bez pośpiechu odwiedziliśmy schowaną na wzgórzu pocztę, która również świeciła pustkami, ale za to sprawnie i bezboleśnie wysłaliśmy kartki pocztowe (wiem, mało kto to jeszcze robi), pokręciliśmy się po okolicy i … postanowiliśmy iść wzdłuż torów do kolejnej wioski – Jingtong, w której największą atrakcją jest … komisariat policji w kształcie lampionu i dziesiątki wolno żyjących kotów, którymi rzekomo opiekują się wszyscy mieszkańcy.

Zaskoczyło nas to jak te trzy położone w tak bliskiej odlegości od siebie miejscowości się od siebie różnią i jak jeden przesąd przekuty w niemal pielgrzymkowy zwyczaj, potrafi zmienić oblicze niczym nie wyróżniającego się miasteczka w turystyczny jarmark, z którego my szybko uciekliśmy. Bo mimo, że w pozostałych dwóch wioskach życie toczy się wolno, to przynajmniej słychać tam miejscowe ptactwo, raz po raz pomiałkujące koty i … własne myśli.

Shizhuo – w krainie herbaty

Po trzech dniach w okolicy Taipei ruszyliśmy na południe – do środkowego Tajwanu. W tym przypadku bilety mieliśmy już kupione jeszcze w Polsce – wiedzieliśmy, że zbliżający się weekend i nakładające się na to lokalne święta w Chinach mogą spowodować wzmożony ruch, a co za tym idzie bilety kolejowe zostaną wykupione. To była jedna z tych kilkuetapowych podróży – najpierw metro na dworzec kolejowy, potem szybki pociąg do Chiayi, następnie nie tak szybki, ale za to umiejętnie lawirujący po górskich serpentynach autobus, który po 1,5h dowiózł nas do malowniczego Shizhuo – miejscowości całkowicie zdominowanej przez herbatę.

Shizhuo to miejscowość niewielka a już wyjątkowo odludna gdy zdecydujesz się spać w górach np. na polu herbacianym tak jak zrobiliśmy to my. Co prawda jeśli chcesz coś zjeść, zrobić zakupy lub po prostu trafić między ludzi, to musisz zejść 1,5 km w dół no i potem wiadomo, wrócić pod górę. Ale pobudka z widokiem na rozciągające się po horyzont wzgórza i pola herbaty jest jedyna w swoim rodzaju…

Co robić w takim regionie? Chodzić po górach, polach herbacianych i lasach bambusowych, podziwiać wschody i zachody słońca, pić herbatę i chłonąć te cudne widoki. Na około Shizuo jest co najmniej 5 szlaków o wdzięcznych nazwach “herbaciany”, “wiśniowy”, “mglisty” … i każdy z nich warto przejść. Ja zawsze polecam żeby zrobić to możliwie wcześnie rano, wtedy mamy jako taką gwarancję dobrej widoczności, bo prawda jest taka, że im później, tym większe prawdopodobieństwo, że Shizhuo spowije mgła i jest to mgła z rodzaju tych naprawdę gęstych i mrocznych z filmów Hitchcocka, które ograniczają widoczność na tyle, że wracając pod górę do domu musisz używać latarki w telefonie, aby ewentualnie mijające cię pojazdy (zwykle nie ma ich wielu) miały choć minimalną szansę, żeby Cię zobaczyć.

My zostaliśmy w Shizhuo dwa dni i przeszliśmy każdy możliwy okoliczny szlak, łącznie z kilkunastokilometrowym spacerem do zdecydowanie bardziej turystycznego Alishan, które tylko utwierdziło nas w przekonaniu, że dobrze zrobiliśmy nie zostając tam na noc, bo do Alishan dojeżdża pociąg, a to automatycznie oznacza więcej odwiedzających, podczas gdy do Shizhuo jeszcze 40 lat temu nie było nawet drogi..

Urzekł mnie powolny rytm życia w Shizhuo i była to dla mnie najprzyjemniejsza część tego wyjazdu, bo mimo fizycznego zmęczenia i zakwaszonych łydek od codziennego hasania po górach, głowa odpoczęła mi jak nigdy. Tajwan był zdecydowanie fajnym kierunkiem i mimo, że pokrzyżował nam sporo planów to jednocześnie pokazał że w podróży warto być elastycznym i czasami pozwolić na to, żeby iść tam gdzie zawieje.

Jeżeli pasjonujesz się odkrywaniem niezwykłych miejsc i kulturowym bogactwem Azji, zapraszam Cię serdecznie do zapoznania się z innymi wpisami na moim blogu! Przeżyj ze mną niezapomniane przygody, zanurz się w egzotycznych smakach i barwach, oraz poznaj fascynujące historie i tradycje tego wyjątkowego kontynentu.