Mongolia, step, bezkres, przestrzeń

Mongolia pachnąca dzikimi ziołami i kobylim mlekiem

Mongolia pozostawi w mojej pamięci wiele, jednak w szczególności zapamiętam jej zapach, bo tutejsze przestrzenie naprawdę pachną dzikimi ziołami i kobylim mlekiem. Ten specyficzny aromat wyjątkowo mocno zapada w pamięć i nie wyobrażam sobie snucia tej opowieści bez łaskoczącego w nos zapachu dziko rosnącego szczypiorku, który wpada mi do namiotu.

Podróż w ten rejon świata wykiełkowała mi w głowie lata temu i niewątpliwie była wyjazdem wyczekanym. Dawno tak bardzo nie przebierałam nogami na myśl o pakowaniu plecaka i mimo, że w magiczny sposób musiałam sprawić żeby tym razem zmieściły się w nim nadprogramowe batony energetyczne i wegańskie kabanosy, to i tak miałam frajdę na myśl, że już jutro wyląduję na …tapecie Windowsa.

Czy turystyka w Mongolii istnieje?

Mongolia nie jest kierunkiem często wybieranym przez turystów. Gdy komukolwiek opowiadałam o tym, że spędzę tam kawałek sierpnia, zwykle spotykało się to przynajmniej z uniesieniem brwi. I chyba faktycznie próżno szukać Mongolii w folderach turystycznych. Oczywiście to nie jest tak, że turystyka tu zupełnie nie istnieje, bo grupki przyjezdnych spotkać można, ale nie skłamię, jeśli napiszę, że około 90% napotkanych obcokrajowców to koreańska młodzież polująca na bajkowe pejzaże. Pejzaże, które zwykle stanowią tło do ich Tik-Tokowych nagrań. Tym samym istnieje niemal stuprocentowe prawdopodobieństwo, że spotkacie tych turystów tylko i wyłącznie w miejscach, które na miano atrakcji turystycznych już sobie zapracowały. A tych Mongolia już kilka oferuje i w ich okolicy zaczęły nawet powstawać campy turystyczne, gdzie lokalni mieszkańcy postawili szereg jurt, które wynajmują turystom, co w kraju z tak słabą infrastrukturą noclegową jest naprawdę na wagę złota.

Istnieje również sporo lokalnych biur podróży, które specjalizują się w kilku, kilkunasto lub nawet kilkutygodniowych wycieczkach szytych na miarę bądź dostępnych w grupach. Można również wynająć samochód, przy czym w dziewięciu na dziesięć przypadków z kierowcą (wynajem bez kierowcy to zwykle udostępnienie swojego samochodu przez osobę prywatną i musi być on rezerwowany z dużym wyprzedzeniem plus – i tu ciekawostka- jest dwukrotnie droższy niż wynajem z kierowcą). Swoją drogą lokalny kierowca na bezdrożach Mongolii to skarb – trzeba pamiętać, że tu praktycznie nie ma dróg, a jeśli są, to zapomnijcie o asfalcie (my poza Ułan Bator natrafiliśmy na dwie drogi asfaltowe), GPS nie działa, Google Maps śmieje się nam w twarz, a zasięg telefoniczny pojawia się i znika. Poza tym kierowca wie, gdzie znaleźć studnie z wodą, jak objechać poopadową rzekę, która pojawiła się przez noc no i ma mapy zaszyte w głowie (true story!)

Mongolia to harmonijna równowaga życia

Czytałam kiedyś, że w nie tak dalekiej Japonii, praktykuje się tak zwane Shinrin yoku– dosłownie kąpiel leśną. Japończycy wierzą, że łącząc się z naturą otwieramy sobie drogę do zrozumienia siebie, bo natura nas odzwierciedla. Całkowicie się pod tym podpisuję, ale pokuszę się również o stwierdzenie, że tej kąpieli można zażywać nie tylko w otoczeniu leśnym, ale w każdym pięknym miejscu, w którym przyroda gra pierwsze skrzypce – również w mongolskim stepie..

Bo w Mongolii w dalszym ciągu króluje natura – stepy wpełzają w podszyte wiatrem namioty, strumienie zalewają drogi a stada owiec, kóz czy wielbłądów notorycznie spowalniają trasę, nie bacząc na nikogo i na nic. Niewątpliwą zaletą tego cudownie spokojnego kraju, jest przestrzeń – taka otulająca ciszą, która dzwoni w uszach, przez dziesiątki, czasem setki kilometrów. Wówczas jedyne życie, jakie przecina ci drogę, jest najczęściej czterokopytne i ma postać galopujących koni, skaczących po sobie kóz, pustynnych gazeli przemykających w oddali czy wylegujących się na bezdrożach licznych stad owiec. Od czasu do czasu z impetem wjedziesz w sam środek znudzonego stada wielbłądów, którym przerwiesz posiłek, czasem w świetle księżyca dojrzysz myszoskoczka buszującego w porastających step bylinach.

A na codzień otacza cię błękit nieba, puszyste chmury, które mogłyby pozlepiać ci palce jak wata cukrowa, bo nieustannie wydaje ci się, że są na wyciągnięcie ręki, cisza, wiatr i właśnie ta bogata w doznania nicość. I już rozumiem dlaczego czuję się tu tak dobrze. Nigdzie wcześniej nie czułam takiej harmonii z naturą i tej przejmującej wolności. Bo Mongolia pozostaje w jakimś przedziwnym kontraście do powszechnej już degradacji środowiska naturalnego na świecie i będąc tu, całkowicie odcinasz się od tego co zostawiłeś za sobą ponad 5 i pół tysiąca kilometrów stąd.

Ułan Bator – czerwony bohater posowieckiej przeszłości

Zanim wyruszymy na Południe w kierunku Gobi aby błąkać się przez kolejnych 8 dni niezawodnym cudem radzieckiej myśli technologicznej (UAZ-em ), śmierdzącym benzyną, której opary wydobywają się z dwóch baków (co przyprawia o ból głowy ale i daje wrażenie, że siedzisz bardziej w czołgu niż aucie), nie posiadającym pasów bezpieczeństwa i (Boże broń) klimatyzacji, spędzamy dzień w Ułan Bator.

Mongolia jest krainą, której w miastach nie jest do twarzy. Większe miejscowości, z Ułan Bator na podium, stanowią nieładne wypryski na promiennej cerze tego kraju i wyjątkowo kłócą się z pięknem otaczającej je przyrody. Miasta nie pasują do Mongolii, są jak pomniki wyeksploatowanego krajobrazu. To taki kraj, któremu najładniej jest saute. A piszę to siedząc przy kubeczku wątpliwej jakości kawy, w pokoju hotelowym z widokiem na kopcącą trzema kominami lokalną elektrociepłownię.

Dziwna to stolica, zupełnie inna niż sobie wyobrażałam. Monstrualnie zakorkowana o fascynującym mnie ruchu ulicznym, gdzie przeważająca większość samochodów ma kierownicę po prawej stronie, ale jednocześnie porusza się po ulicach zachowując ruch prawostronny (to efekt korzystnej polityki cenowej przy imporcie aut z Japonii).

A samo miasto? Mam oczywiście pare skojarzeń – najbliższe to jakaś dziwna hybryda Kaliningradu i Kiszyniowa, tyle że w wersji XL – choć z drugiej strony, nawiązania do wielkiego Czyngis-Chana są tu bardzo widoczne, a to zupełnie nie wpisuje się w klimat postkomunistycznych republik. Nazwę stolicy Mongolii zmieniono w latach dwudziestych na Ułan Bator (co dosłownie znaczy czerwony bohater) na cześć bohatera narodowego Damdina Suche Batora, dowodzącego mongolską armią prosowiecką, wspieraną przez Armię Czerwoną.

Z niejakim zdziwieniem muszę przyznać, że sama nazwa miasta to jeden z niewielu widocznych wpływów sowieckich w Ułan Bator. Przyjeżdżając tu oczekiwałam monumentalnych budowli, które dotąd spotykałam właśnie w Mołdawii, Rosji czy nawet w Gruzji. Przygotowywałam się na widok dość paskudnych ciosanych pomników czerwonoarmistów i poczucie tego specyficznego posowieckiego klimatu, którego jednak mi tu zabrakło i musiałam się sporo nachodzić po stolicy, żeby na takie pamiątki z przeszłości natrafić.

Mongolia – najstarsze państwo Azji Centralnej, które zatrzymało się w czasie

Setki lat temu, w latach swojej świetności, gdy Mongolia była imperium i podbijała inne kraje, jej mieszkańcy wpływali na kulturę ludów podbitych, ale też niemało od tych ludów czerpali. Przez wieki Mongołów naznaczała swoim piętnem kultura Chin, Tybetańska a nawet pośrednio Indii. Na ostatnich dwóch, a nawet trzech pokoleniach mocne i trwałe piętno odcisnęli Rosjanie, którzy zakorzenili sowiecką wersję cywilizacji rosyjskiej w prawodawstwie i administracji Mongolii, narzucili swój alfabet i mieli niemały wpływ na kulturę i sposób życia mieszkańców.

Jednak sposób w jaki ci ludzie żyją poza miastami, w interiorze, otoczeni swoimi stadami owiec, kóz, koni (te w Mongolii żyją półdziko) przenosi mnie w czasie i mam wrażenie, że od setek lat wcale znacząco się nie zmienił. Oczywiście postęp technologiczny spowodował, że dziś co druga mongolska rodzina ma auto i przyczepę na którą pakuje swoją jurtę gdy pora się przenieść, często widuje się również baterie słoneczne bądź agregaty prądu, które zasilają telewizor w jurcie. Ale jednocześnie ludzie ci żyją jak przed dziesiątkami lat – bardzo skromnie bez dostępu do węzła sanitarnego, a ich dni są naznaczone czternastoma godzinami pracy od świtu do nocy w surowym klimacie, który nikogo nie oszczędza.

Między nomadami

Mongołowie to lud koczowniczy – dla mnie absolutnie niezwykły, gdy obserwować go w XXI wieku. W kraju o obszarze pięciokrotnie większym niż Polska, mieszka zaledwie 3,5 miliona obywateli, przy czym ponad 1,5 miliona mieszka właśnie w stolicy. Ta migracja do miasta trwa nieprzerwanie od lat 60-ych. Młodzi ludzie w poszukiwaniu pracy, partnerów życiowych czy po prostu innego życia w tak surowym klimacie, odchodzą od tradycyjnego modelu rodziny koczowniczej, która trzy razy do roku, pakuje dom na przyczepę (dosłownie) i podąża za swoimi stadami poszukującymi pożywienia. Demontaż takiej jurty to kwestia 1,5h wraz z wyniesieniem mebli. Zatem wierzę, że decyzje o ruszeniu dalej gdy pogoda ulega nagłemu pogorszeniu, mogą być podejmowane dość spontaniczne.

Mongolia, UAZ, podróż, nomadzi, jurta

Obserwując mongolskich nomadów naszła mnie myśl, że są oni jak biegacze – i nie mam tu na myśli sportowców, tylko rośliny (kojarzycie sceny z westernów, gdy krzaczaste kulki przecinają pustynny krajobraz poruszane wiatrem?). Koczownicze ludy Mongolii też nie zapuszczają korzeni, a jednak są nieodłącznym elementem stepowego krajobrazu.

Mongolia nie istnieje bez koni

Konie w Mongolii to temat zasługujący na osobny wątek. Od wieków życie Mongołów powiązane było z końmi. Sami o sobie mówią, iż rodzą się na koniu i związani są z tymi pięknymi zwierzętami przez całe swoje życie. Sprawność jeździecką Mongołowie osiągają we wczesnym dzieciństwie.

Sama widziałam czteroletnie mongolskie dzieci kurczowo trzymające się grzywy końskiej z niezwykłą wprawą. Koń – mimo że półdziki i wypasający się swobodnie, jest żywicielem i członkiem rodziny, a co za tym idzie, traktowany z szacunkiem. Przeciętna koczownicza rodzina (obecnie 40% Mongołów to nomadzi) posiada swoje stado koni.

Mleko klaczy karmiącej źrebięta, wykorzystywane jest do produkcji kurdu, sera, jogurtu i kumysu (lekko sfermentowanego napoju o minimalnej zawartości alkoholu ok 1,5%). Ponadto Mongołowie pijają herbatę z mlekiem klaczy, odrobiną soli i tłuszczem. Nie szczególnie mi ten napitek smakował, ale ilekroć mnie nim częstowano, nie odmawiałam i przynajmniej umaczałam w nim usta, żeby nie urazić gospodarzy. Kumys w smaku jest zdecydowanie lepszy – przypomina naszą rodzimą maślankę, tyle że o posmaku … słomy.

Sama jazda konna to też jedna z trzech koronnych dyscyplin sportowych w Mongolii, obok łucznictwa i zapasów stanowi ważną część kultury potomków Hanów.

Stada dzikich koni podczas tej podróży spotykaliśmy często – czasem pojawiały się z nikąd i przemykały niczym płochliwe duchy pustyni, czasem swobodnie pożywiały się w oddali, nic sobie nie robiąc z obecności intruzów. Jedno jest pewne – konie w Mongolii stanowią nieodłączny element krajobrazu i niewątpliwie go upiększają swoją obecnością.

Czy Mongolia to tylko step?

Absolutnie nie. Ten kraj ma w sobie chyba każdy możliwy krajobraz, i jedynie widoku morskich fal tu nie uświadczysz. Nasza podróż obejmowała zaledwie fragment południowej Mongolii, ale mimo tego, krajobraz nigdy nie był monotonny i zmieniał się conajmniej kilkanaście razy.

Sama droga na południe, w stronę Gobi, gdy wjeżdżasz w otulinę tej przepięknej pustyni, obfituje w miejsca takie jak choćby Baga Gazriin Chuluu – gdzie formacje skalne z granitu rozciągają się na przestrzeni ponad 30 kilometrów. W rejonie tym spędziliśmy noc w towarzystwie mniej więcej 200 kóz, które o dziwo, zachowywały się zdecydowanie ciszej niż ujadające psy strzegące okolicznych jurt.

Łucznictwo sportem narodowym

Jadąc do doliny Yol zupełnie przypadkowo trafiliśmy na doroczne zawody w łucznictwie. Zawody nie byle jakie, bo wpisane w kulturę tego kraju od stuleci. Doroczny, trwający cztery dni konkurs, to wydarzenie na które zjeżdżają łucznicy z całej Mongolii (zarówno mężczyźni jak i kobiety).

Łucznictwo mongolskie charakteryzuje się innymi łukami (wykonanie jednego zajmuje rok). Ale przede wszystkim różni się od znanego mi łucznictwa, zasadami – nie ma klasycznej, okrągłej tarczy z celem w środku. Zastępuje ją poprzeczna belka z ustawionymi na niej w rzędzie białymi prostopadłościanami w kształcie cegieł, które otaczają znajdujący się w środku klocek czerwony. Zawody podzielone są na kilka rund, w każdej kolejnej, zabierane są zewnętrzne klocki otaczające czerwony cel, tym samym pole strzału z każdą rundą staje się węższe i wzrasta poziom trudności.

Każdy łucznik w ciągu dnia musi oddać 40 strzałów – mężczyźni celują z odległości 75 metrów, kobiety zaś z 65m. Nie ma kategorii wiekowych – najstarsza łuczniczka uczestnicząca w konkursie, którą mi pokazano ma 86 lat.

Zawody te stanowią naprawdę duże wydarzenie wśród Mongołów – ponad 100 łuczników i drugie tyle łuczniczek rywalizuje o tytuł mistrza i mistrzyni, który w przypadku wygranej będzie widoczny na emblemacie w kształcie medalu doszytym do jego/jej czapki oraz na belkach doszytych do szarf przy kostiumie. Wszystko to opowiedział nam sam organizator (który zaskakująco dobrze jak na tutejsze standardy mówił po angielsku i nieco po rosyjsku). Widząc dwie blade twarze wziął sobie za punkt honoru opowiedzenie nam szczegółowo o zasadach konkursu, objaśnienie elementów przepięknych kolorowych strojów, a nawet przedstawił nas samym zawodnikom i wprowadził nas na planszę, na której odbywały się mistrzostwa. Dzięki temu mogliśmy przyjrzeć się z bliska tej niezwykłej konkurencji.

Kanion Yol

Pustynia Gobi mylnie bywa utożsamiana tylko z piaskami po horyzont. Ma ona jednak co najmniej kilka oblicz – jednym z nich są wąwozy i kaniony będące pozostałościami dna morza, które kiedyś królowało w tym regionie. Kanion Yol, lokalnie nazywany paszczą sępa, jest piękną perłą pustynnego krajobrazu. W ostatnich tygodniach w wyniku ulewnych deszczy był całkowicie odcięty od świata, gdyż szlakiem płynęła wartka poopadowa rzeka.
Dziś teren jest co prawda podmokły, ale rzeka zmalała do rozmiarów strumienia i pozwala na swobodny spacer dnem kanionu. Dojazd do tego miejsca jest niełatwy – bez konia lub nieśmiertelnego sowieckiego UAZ-a, nie sposób się tam dostać. Widzieliśmy po drodze zawracające ze szlaku samochody, zaklinowane w korycie rzeki auta z napędem na 4 koła czy załamujących ręce koreańskich turystów, dla których zabrakło dzielnych mongolskich koników i zmuszeni byli czekać aż wcześniejsza grupa ich pobratymców wróci ze szlaku. Bo próżno liczyć, że tę ledwo czterokilometrową trasę pokonają pieszo. My na tym tylko skorzystaliśmy, bo uniknęliśmy obecności nadprogramowych turystów.

Kanion Sagaan Suvarga czyli biała stupa

Jeśli już o kanionach mowa, wierzcie mi na słowo – Mongolia to nie tylko płaskowyże i bezkres po horyzont. Sagaan Suvarga przepięknie demonstruje różnorodność mongolskiego krajobrazu. Widok zapiera dech a człowiek, stojąc nad krawędzią przepaści staje się maleńką mróweczką.

Khongoryn Ela – śpiewające wydmy Gobi

Khongoryn Ela to chyba najpopularniejsze miejsce w całej południowej Mongolii. Jest coś magnetycznego w miękkich jak mąka i ciepłych jak słońce piaszczystych wzgórzach usypanych przez niespokojne wiatry pustyni.

Wydmy Gobi rozciągają się na odcinku ponad 100 kilometrów i imponują nie tylko rozmiarem ale i urodą – są po prostu przepiękne. Spędziliśmy na nich sporo czasu o różnych porach dnia i za każdym razem nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że są dziełem artysty, który w wyniku paru płynnych ruchów monstrualnym pędzlem stworzył obraz tak nasycony kolorem i tak bardzo uderzający w czułe struny wrażliwych na naturalne piękno ludzi, że efekt jest powalający.

Wspinaczka na Khongoryn Ela do najłatwiejszych nie należy i wymaga samozaparcia w walce z usuwającym się spod stóp piachem, żarem lejącym się z nieba i wiatrem, który wraz z każdym pokonanym metrem pozwala sobie na coraz więcej. Jednak każda wylana kropla potu i przyśpieszony oddech warte są tej wewnętrznej walki, bo widok na szczycie jest jedyny w swoim rodzaju i stanowi kwintesencję pustyni.

Bayanzag – Flaming Cliffs czyli płonące skały z polskim akcentem

Bayanzag – Flaming Cliffs faktycznie płoną – głównie intensywną pomarańczową barwą ale i z gorąca, bo temperatura obecnie w sierpniu, przekracza tu 40 stopni Celsjusza.

To miejsce w którym przypomniałam sobie o 5-letniej Dorotce, która, za pracę marzeń uważała bycie paleontologiem (hi5 Ross). W tym bowiem miejscu, sto lat temu odnaleziono pierwsze jaja dinozaurów i mnóstwo naukowców z pędzelkami, psuło sobie odcinki szyjne kręgosłupów, aby wydobyć te skarby z kanionu w stanie nienaruszonym.

Odwiedzając okoliczne muzeum (jedno z dwóch, do których zajrzeliśmy w Mongolii) dowiedziałam się, że na przestrzeni ostatnich stu lat, przybywały tu rozmaite ekspedycje badawczo-naukowe, a w roku 1965 zawitała tu nawet mongolsko-polska grupa naukowców. W rzeczywistości płonące klify, w czasie gdy po nich wędrowaliśmy były całkowicie odludne, więc mieliśmy to miejsce tylko dla siebie

Mongolia przewyższyła moje oczekiwania w każdy możliwy sposób

Mongolia ma powierzchnię ponad 1,5 miliona kilometrów kwadratowych. My podczas tej 10-dniowej wyprawy zobaczyliśmy ledwie 1/6 tego kraju ale przeżyliśmy fantastyczną przygodę. Przejechaliśmy setki kilometrów po bezdrożach, podczas których moje wnętrzności przyzwyczajały się do tego, że będą czuły się jak bile podczas pojedynku bilardowego. Spaliśmy w jurtach, namiotach i PRL-owskim hotelu.

Braliśmy prysznic na monety w miasteczku z jednym bankomatem i dziwiliśmy się dlaczego w środy nie sprzedaje się tam alkoholu a regały z trunkami przykryte są czarnymi płachtami. Odstawiliśmy balet rozstawiając namiot i jednocześnie uciekając przed chmarami krwiożerczych komarów. Razem z myszoskoczkami pustynnymi wpatrywaliśmy się gwiezdny pociąg Starlinka na nocnym nieboskłonie. Owijaliśmy twarze szalikami, żeby odciąć się od efektów problemów gastrycznych okolicznych wielbłądów.

Tempem Usaina Bolta wybiegaliśmy z UAZ-a gdy nagle jego silnik postanowił się… zapalić. Z uśmiechem piliśmy podawany nam w brudnych czarkach kumys z końskiego mleka, który odstraszał zarówno zapachem jak i smakiem, za to składowany w obdrapanych beczkach, nieraz był cmentarzyskiem owadów wszelakich. Wbiliśmy się na chatę mongolskim nowożeńcom, którzy nas częstowali resztkami z wesela, ciepłą wódką i finalnie odstąpili nam swoją jurtę, którą dostali w prezencie ślubnym, żebyśmy mogli w niej przenocować.

Odwiedziliśmy “letni dom” Tuguldura – naszego mongolskiego kierowcy, który kupił stary autobus typu PKS, zaparkował go na środku stepu (Into the Wild vibe spowodował ciary!) i zrobił sobie w nim mieszkanie! Szukając miejsca na rozbicie namiotu kierowaliśmy się nie tylko pięknym widokiem, który nas zastanie o poranku ale przede wszystkim dostępnością jakiegoś uskoku skalnego bądź rowu, na często bezbrzeżnie płaskim terenie, który posłuży jako … toaleta.

Natrafiliśmy na doroczne krajowe zawody łuczników podczas których przedstawiono nam mistrzów kraju. Odwiedziliśmy całkowicie opustoszały górski klasztor buddyjski i staraliśmy się uwolnić ptaszka, który przypadkiem został uwięziony w zamkniętej świątyni. Przeprawialiśmy się przez błotniste dno rzeki na boso, chcąc odciążyć UAZ-a aby mógł przejechać na drugą stronę koryta, bo niedawne ulewy całkowicie zmyły drogi.

Mongolia, step, natura, przestrzeń

Nabawiliśmy się chwilowego wstrętu do jajek, które stanowiły podstawę naszego dziennego wyżywienia przez ten czas – kuchnia Mongolska jest oparta na mięsie, więc substytutów białka raczej brak i weganie mieliby tu spory problem. Wdrapaliśmy się na śpiewające wydmy i zamiast zjeść kolację na szczycie podziwiając zachód słońca, umknęliśmy czym prędzej, bo zastała nas tam burza piaskowa. W środku nocy zostaliśmy obudzeni przez ciekawskie dzikie konie, którym zasmakowała trawa tuż przy naszym namiocie.

Niby pusto, niby tylko 10 dni, niby ciągle w drodze ale, rany jakie to było dobre!

Jeżeli pasjonujesz się odkrywaniem niezwykłych miejsc lub po prostu interesuje Cię Świat, zapraszam Cię do zapoznania się z innymi wpisami na blogu!

A jeśli masz pytania dotyczące powyższego tekstu, zapraszam do kontaktu!