Kurdystan, góra Gara

Kurdystan – gorejące słońce Iraku

Kurdystan, góra Gara

Mówi się, że Kurdystan, Kurdystanowi nierówny. Rozciągający się na terenie czterech różnych państw – Iraku, Iranu, Turcji i Syrii, zamieszkały przez naród, który mimo, że nie ma własnego, suwerennego kraju, na trwałe wpisał się w historię regionu Bliskiego Wschodu. Kurdystan to kraj widmo, to dusza bez ciała, to naród bez państwa.

Dziś Kurdowie porozrzucani po całym świecie, najliczniej zamieszkują południowy obszar Turcji. Ale to w północnej części Iraku zbudowali autonomiczny region Kurdystanu z własnym rządem i parlamentem. I to właśnie Irak utkał nam tak piękny obraz, podczas naszego tygodniowego pobytu w Kurdystanie.

Irak, ale jednak nie do końca

Kurdowie nabrali wiatru w żagle po zakończonym w Iraku konflikcie zbrojnym lat dziewięćdziesiątych. Dziś (11 listopada) z dumnie uniesionymi głowami i nieśmiałymi uśmiechami na twarzach idą do urn wyborczych. A przecież nie mają kawałka ziemi, o którym mogliby powiedzieć, że przynależy tylko do nich.

Kurdystan

Kurdystan jest dziś otwarty dla turystów. Aby się do niego dostać, niezbędna jest wiza. Jej zdobycie trwa maksymalnie 10 minut i nie wymaga wychodzenia z domu (uwaga: nie jest to wiza do Iraku “właściwego”, Kurdystan ma swój własny odrębny dokument wizowy). Dziś hasło “Irak” w dalszym ciągu wzbudza mieszane uczucia i wątpliwości, czy aby napewno dobrym pomysłem jest pchanie się w rejon nie tak dawnych intensywnych działań zbrojnych. Jednak mało mówi się o tym, że północna jego część (Kurdystan właśnie) stanowi obecnie jeden z bezpieczniejszych regionów Bliskiego Wschodu.

Czy Iracki Kurdystan jest bezpieczny?

To jak to jest? Jest tam bezpiecznie, czy nie? Poza widokiem ochroniarzy z długą bronią palną, militarnych checkpointów i żołnierzy patrolujących region, nie zobaczysz tu niczego, czego nie ma w innych rejonach świata. Ale czy noszona na widoku broń jest znowu tak rzadka na świecie? Salwador, Liban, Iran, a nawet Guinea Bissau – we wszystkich tych miejscach taki obraz jest dość powszechny. Przy czym, muszę to podkreślić, ludzie w północnej części Iraku, którą ja poznałam, są uprzejmi, sympatyczni, ciekawi nas i niezwykle gościnni. Nawet przez moment, podróżując po Irackim Kurdystanie, nie poczułam, że coś może nam grozić. Sytuacja od lat jest tu stabilna i gorąco wierzę, że tak już pozostanie.

Serdeczność ponad wszystko

Inaczej niż zazwyczaj, podczas tej podróży, w ogóle nie korzystaliśmy ze środków transportu publicznego. Poruszaliśmy się wynajętym samochodem i to otworzyło przed nami sporo możliwości. Praktycznie wszędzie gdzie docieraliśmy, spotykała nas autentyczna gościnność.

Erbil, Kurdystan, Irak

To właśnie w północnym Iraku grupa Jazydzkich dzieciaków zrobiła sobie ze mną sesję fotograficzną, przekrzykując się co chwilę z radości. To tutaj pan w przydrożnym sklepie z elektroniką, po dokonanym przez nas drobnym zakupie, zaprosił nas na herbatę. A z racji naszego braku czasu w tamtym momencie, wcisnął nam w ręce chociaż wodę na drogę. Bo nie możemy przecież wyjść od niego nie ugoszczeni. To tutaj nastoletnia dziewczyna po krótkiej rozmowie, z wypiekami na policzkach i błyszczącymi oczami, w zachwycie zapytała czy może mnie uściskać. I może się to wydać błahe i nieistotne. Ale w dobie oblepiających nas zewsząd krótkich, intensywnych i gwałtownych przekazów informacji i krzyczących nagłówków, taka drobna, prosta rozmowa z młodą kobietą, która nigdy nie wyjechała poza swój kraj, a świat zna z opowieści i Internetu, przynosi jej autentyczną radość, a mi jakieś dziwne ukojenie i wdzięczność.

Lalish – święta dolina Jazydów

O Jazydach pierwszy raz dowiedziałam się z książki Elis Shafak – “Tam na niebie są rzeki”. Pani Shafak napisała kolejną wspaniałą książkę, a moje życie zaskakujący scenariusz, bo czytając ją, nie wiedziałam jeszcze, że w tym samym roku przyjdzie mi odwiedzić ich najświętszą dolinę – Lalish.

Lalish to tak naprawdę mała wioska, w której poza kilkudziesięcioma domostwami na wzgórzach, znajdują się świątynia i grobowiec szajcha Adiego Ibn Musafira, uważanego za twórcę Jazedyzmu. Drzewiej nazywani przez muzułmanów czcicielami szatana, Jazydzi uznawani są za potomków Asyryjczyków, którzy przybyli do Lalish po upadku Niniwy. Liczba Jazydów na świecie jest trudna do oszacowania, jednak wśród samych Kurdów stanowią mniejszość, a po zbrodniczych rządach Saddama Husseina, liczba ta skurczyła się jeszcze bardziej.

Lalish, położone około 100 km od stolicy Kurdystanu – Erbilu, to miejsce do którego zjeżdżają wierni z całego świata. Samo słowo Lalish oznacza świetlistą lampę (źródło światła) i miejsce bezpieczne. I faktycznie unosi się tam jakaś dobra, ciepła i nieco magiczna aura. Do Lalish wchodzi się boso i tyczy się to nie tylko świątyni ale całej wioski. Mimo że, nie panuje tam nabożna cisza, jaka zwykle charakteryzuje miejsca kultu, jest spokojnie i dostojnie. Turystów jest naprawdę niewielu. Jeśli natykamy się na jakichś, to są to pojedyncze osoby, które są tam z pobudek religijnych. Odwiedzają stare kąty po powrocie z emigracji lub pokazują swojej nowej patchworkowej rodzinie skąd pochodzą.

Sama ale nigdy samotna

Gdy oddalam się samodzielnie na skraj świątynnego kompleksu, w okolice domów mieszkalnych, najpierw nieśmiało, a po chwili z większą pewnością siebie, podchodzi do mnie chłopiec – na oko trzynastoletni. Angielszczyzną przeplecioną pantomimą, pyta czy może sobie zrobić ze mną zdjęcie. Z wyrzutem sumienia łapię się na tym, że moją pierwszą myślą, gdy do mnie podszedł, było to że będzie chciał pieniędzy. A jego po prostu zachwyciły moje okulary przeciwsłoneczne podczas gdy jego młodsze koleżanki i siostry które chwilę potem obskoczyły mnie z każdej strony, były iście zafascynowane moimi włosami. W efekcie spędziłam dobrych kilkanaście minut pozując do zdjęć, poznałam przynajmniej osiem nastoletnich imion i tyle samo nowych uśmiechów. Zwykła chwila, kilka uścisków dłoni, a poranek jakby lepszy i jaśniejszy. Uszczknęłam trochę z tego słońca, które dla Jazydów jest tak ważne i którego symbolika jest wszechobecna w Lalish.

Lalish

Rabban Hormizd – skarby wykute w skałach

Z Lalish ruszyliśmy wyżej, do położonego niecałą godzinę drogi monasteru Rabban Hormizd. Kręta droga ciągnie się przez góry i kończy na zbudowanym w skale klasztorze. Bram pilnuje samotny żołnierz, a wewnątrz panuje kompletna cisza. Poza nami ten wykuty setki lat temu klasztor zwiedzają tylko cztery dziewczyny,  które wdają się w pogawędkę ze wspomnianym żołnierzem, umilając mu upalne popołudnie. Do samego klasztoru prowadzą wybrukowane przez pokolenia mnichów schody, wijące się malowniczo wśród skał, które skrywają dziesiątki drobnych jaskiń.

W drodze do Dahuk

Mimo wysokich gór naokoło rzucających sporo cienia, dzień jest gorący a chłodne kamienne wnętrza klasztoru trzeba w końcu opuścić.

W poszukiwaniu jakiegokolwiek posiłku, zjeżdżamy do małej miejscowości nieopodal, żeby zjeść falafela za niecałego dolara. Obiady w Iraku bez wątpienia należą do jednych z najtańszych jakie miałam okazję jeść w życiu. W drodze do Dahuk, odwiedzamy jeszcze maleńki kościółek w wiosce pełnej przydomowych zwierząt i robotników pracujących w obejściach. Roztacza się z niej widok na niedaleką nekropolię położoną w dolinie. Ostatnim przystankiem, zanim zameldujemy się w niedorzecznie ekskluzywnym hotelu w Dahuk, jest  przydrożny skromny kompleks archeologiczny – Faida.

Faida – wśród antycznych płaskorzeźb na poboczu drogi

Faida to miejsce zupełnie niepozorne, położone 20 km na południe od Dahuk. To tu, obok zajmującej kilka kilometrów kwadratowych cementowni, znaleziono szereg Asyryjskich płaskorzeźb z 8-7 wieku p.n.e. Kompleks archeologiczny jest niewielki, ogólnodostępny a wstęp jest bezpłatny. Poza przaśnym napisem na wjeździe do miejscowości, nie prowadzi do niego żaden znak i niezwykle łatwo ten archeologiczny przystanek przeoczyć.

Płaskorzeźby przedstawiają procesję posągów siedmiu głównych bóstw asyryjskich stojących na podestach w kształcie kroczących zwierząt w obecności króla. To właśnie tutaj odczuwam nieco klimat czekającej na nas, nie tak wiele kilometrów stąd, dawnej Mezopotamii. Podczas tej podróży niestety nie uda się nam jej odwiedzić. Iracki Kurdystan zaledwie zahacza o mityczne międzyrzecze. Zadowalamy się więc tym, co mamy, ciesząc się, że udało nam się pochylić nad czymś, co zostało wyryte w skale przez ludzi, stąpających po tej samej ziemi, prawie 30 wieków temu!

Przypadkowy luksus w Dahuk

Do Iraku przylecieliśmy mając zarezerwowany tylko pierwszy i ostatni nocleg, zostawiając sobie pole manewru i elastyczność w planowaniu trasy na bieżąco. Hotel w Dahuk, był wyborem dość spontanicznym. Zaklepaliśmy go wieczór wcześniej między kieliszkiem wina i partyjką gry towarzyskiej, w którą przyszło nam zagrać w szerszym gronie. Hotel ten później przyjdzie nam wspominać jako ów “o kilka poziomów wyżej” niż wszystkie inne noclegi w irackim Kurdystanie. Umiejscowiony przy ruchliwej ulicy, ściana w ścianę z meczetem, jest z goła inny od dotychczasowych, zajmowanych przez nas miejsc noclegowych w Kurdystanie. Dlatego gdy o 5 nad ranem budzi mnie melodyjny zaśpiew muezina, zupełnie mnie to nie dziwi.

Kurdystan

Śniadanie w hotelowej restauracji jemy niespiesznie, podziwiając okoliczne góry. Ta część Kurdystanu wydaje się budzić do życia nieco później niż Erbil. Poza tym, dziś ważny dzień dla Kurdów – wybory. Gdy ruszamy w góry, mijamy po drodze odświętnie ubranych obywateli Kurdystanu dość licznie idących zagłosować. Całe miasta zaś, są obleczone żółtymi proporczykami, które można liczyć w dziesiątkach tysięcy. Jedna partia ewidentnie przeznaczyła spory budżet na reklamę, a cisza wyborcza chyba nie bardzo ma tu rację bytu.

Przydrożni Zaratostrianie

Wyjeżdżając z miasta, odwiedzamy pozostałości świątyń Zaratostrian. I ponownie nie spotykamy tam żywego ducha. Zaczynam podejrzewać że po irackim Kurdystanie porusza się niewielu turystów. Żeby odsapnąć nieco od miejskich klimatów, pogoni za kantorem, apteką, sklepem z elektroniką i spożywką, które zafundowało nam dość gwarne Dahuk, korzystamy z okazji i objeżdżamy okoliczne jezioro dookoła.

To tutaj po raz pierwszy natykam się na ogrom śmieci, które Kurdowie i Irakijczycy pozostawiają po sobie. Idylliczny krajobraz, który w jakimkolwiek europejskim kraju ogrodzony byłby barierkami ochronnymi, tu zawalony jest stertami śmieci, torebek plastikowych i butelek po napojach sugerujących, że turyści nierzadko urządzają sobie w tym miejscu imprezy. Przykry to widok, taki który kłuje w oczy już do końca wyjazdu.

Dziedzictwo tyrana

Podróżując po Irackim Kurdystanie nie sposób nie wspomnieć o człowieku, który przyczynił się do niemal całkowitego unicestwienia Kurdów. Saddam Hussein, bo o nim mowa, miał syndrom megalomana. Poza tym że był zbrodniarzem i odcisnął ogromne piętno na historii Kurdów, to jednocześnie nie szczędził pieniędzy na luksusy i dobra doczesne dla siebie i swojej rodziny. W czasach swoich zbrodniczych rządów kazał wybudować sobie dziesiątki pałaców i posiadłości rozsypanych po całym Iraku.

Góra Gara

Jedną z takich budowli, zwaną „gniazdem ptaka”, umiejscowił w najwyższym punkcie na górze Gara. Miał stąd doskonały widok na rozciągające się u jego stóp włości. Z chwilą upadku jego rządów, pałace te w większości zostały splądrowane i rozebrane na części. Pozostałości spalono lub zniszczono. Część tych budynków ze względu na strategiczne położenie, została przejęta przez armię.

Tak właśnie stało się z płacem na górze Gara. Prowadzi do niego kilkukilometrowa dziurawa droga, która pamięta czasy, gdy regularnie przemierzały ją wozy pancerne. Dziś jej poprzetykana dziurami nawierzchnia wraz z dość dużym nachyleniem terenu, sprawia że dojazd do pałacu jest dość czasochłonny i może być kłopotliwy w samochodzie o niskim zawieszeniu i małej mocy silnika. Po drodze, co rusz natykamy się na zżerane przez rdzę tablice informujące o zaminowaniu terenu. Sama działka, na której stoi pałac, jest ogrodzona wysokim płotem z drutem kolczastym, a wejścia pilnują patrolujący cały obszar żołnierze. Mimo naszych usilnych próśb i prób przekonania ich, są nieugięci i nie pozwalają nam wejść na teren posiadłości. Musimy zadowolić się obserwowaniem jej spod bramy.

Nie dziwi mnie że Hussein wybrał takie miejsce na ulokowanie jednego ze swoich pałaców. Gdy słońce zaczyna chylić się ku zachodowi, okalające go góry przybierają pomarańczową barwę. Kraina od wschodu po zachód, obleczona tą ciepłą poświatą, zapiera dech. Podziwianie zachodu słońca który jest czystym pięknem samym w sobie, stoi w dziwnej sprzeczności z oglądaniem siedziby jednego z najokrutniejszych zbrodniarzy w historii ludzkości.

Operacja Al-Anfal – zbrodnicze żniwo Husseina

Saddam Hussein w latach osiemdziesiątych wziął sobie za punkt honoru usunięcie z powierzchni ziemi narodu kurdyjskiego. Wymyślał coraz to nowsze sposoby tortur i unicestwienia ludzi, którzy w jego chorym mniemaniu nie zasługiwali aby żyć. Dzieje Kurdów to smutna historia walki z wrogiem, tyranią, ale i walki bratobójczej. Hussein za sprawą operacji Al-Anfal, stał się ludobójcą i katem.

Barzan

W 1983 r. w rejonie Barzan kilka tysięcy mężczyzn i chłopców wywieziono z miast w nieznanym kierunku i ślad po nich zaginął. Po latach zaczęły spływać informacje o tym, jakoby byli oni przetrzymywani w obozach pracy, które stały się obozami zagłady. Z czasem na przestrzeni dziesięcioleci zaczęto odnajdywać masowe groby na pustyni. Wśród ofiar zidentyfikowano ponad 600 Kurdów z rejonu Barzan. Większość nigdy nie została odnaleziona.

Dziś w Barzan od kilku lat funkcjonuje instytut pamięci ofiar. Pusty plac zwieńczony ogromnym symbolicznym pomnikiem w kształcie tulipana. Jego płatki splatają flagę Kurdystanu z klanowym symbolem Barzanich i każdy z nich ma dokładnie tyle wgłębień od uderzeń młotka, ile ofiar pochłonął ten okrutny czas. Na tyłach pomnika rozsianych jest ponad 600 bezimiennych nagrobków. W akcie solidarności lud Barzanich czeka na powrót swoich zamordowanych braci, synów i ojców. Poszukiwania zaginionych trwają. Okalające Irak pustynie skrywają jeszcze tysiące ofiar jednego ludobójcy.

Halabdża – zbrodnia na oczach całego świata

Do Halabdży nigdy nie dotarliśmy, jednak zgłębiając historię Kurdów, trudno nie wspomnieć o tym miejscu. W roku 1989 Hussein dokonał zbiorowego mordu na mieszkańcach tej miejscowości, oddalonej od nas o ponad 200 km na południowy wschód. To tam świat się zatrzymał, gdy na mieszkańcach użyto broni biologicznej. W ciągu kilku godzin zamordowano ponad 5 000 osób. Garstka ocalonych, którym udało się przeżyć ten zbrodniczy atak, wspomina o specyficznym zapachu jabłek wdzierającym się w każdy zakamarek miasta. Dziś wiadomo, że to zapach gazu musztardowego. Halabdża stała się symbolem krwawego reżimu dyktatury Saddama Husseina ale była też katalizatorem, do intensywnych operacji partyzanckich wśród Peszmergów, kryjących się w górach. Tam Kurdystan po dziś dzień opłakuje swoje dzieci.

Al Amadija i okolice

W drodze z pałacu Husseina zastał nas zachód słońca i pod Al Amadiję dojeżdżamy grubo po zmierzchu. Motel o średnio wdzięcznej nazwie Qupa, “dla odmiany” jest kompletnie pusty. Podróżowanie po Irackim Kurdystanie poza sezonem ma swoje plusy. Warunki mieszkalne przyzwoite, za rozsądną cenę. Widok z okna rano rekompensuje drobne niewygody. Roztacza się na położone na szczycie góry miasto Al Amadija i pięknie pokolorowane jesienią drzewa nad szumiącym nam pod samym oknem górskim potokiem.

Na poszukiwanie śniadania ruszamy właśnie tam. Niestety opcji bezmięsnych kompletnie brak. W ogóle jakichkolwiek otwartych knajp też jest tyle, co na lekarstwo. Kończę na paczce ciastek owsianych i wodzie. Czasem tak bywa. Będąc już tam postanawiamy pospacerować po okolicy i zahaczyć o XIII-wieczną bramę do miasta. Włócząc się bez większego celu natykamy się na stary kościół asyryjski który otwiera nam człowiek posługujący się angielskim z iście amerykańskim akcentem. Okazuje się, że spędził 40 lat w Chicago – zaskakująca to odmiana nie musieć wspomagać się rękoma w komunikacji. Otwiera nam kościółek dość ubogi w swoim wystroju, ale myślę że gościł w swoich progach dziesiątki tysięcy ludzi na przestrzeni wieków.

Kurdystan z dala od miast

Z Al Amadji chcemy ruszyć nieco bliżej natury. Polecana przez napotkanego na drodze motocyklistę podróżującego z UK, miejscówka, okazuje się być niedostępna. Po wczorajszych wyborach wojsko jest w gotowości i nie przepuszcza nas przez jeden z punktów kontrolnych. Tu znowu korzystamy z rekomendacji innego lokalnego kierowcy, który widząc naszą konsternację bezinteresownie pomaga nam w komunikacji z żołnierzami. Jednocześnie sugeruje inne miejsce na trek z dala od miasta. Czterdzieści minut później wjeżdżamy do dziwnego przybytku pełnego zamkniętych o tej porze roku sklepów, kramów i knajpek. Przaśne atrakcje na jeziorze pełnym plastikowych łabędzi i serc ze sztucznych kwiatów przyciągają głównie lokalne dzieciaki. Zaczynam podejrzewać że uprzejmy pan z punktu kontrolnego wpuścił nas w maliny.

Kurdystan

Harcerze w Kurdystanie

Po minięciu całego tego turystycznego grajdołka, idziemy w stronę szumiącego w drzewach wodospadu. Spacer to krótki. Nawet bardzo. Kładka prowadzi zaledwie 200-300 m do wodospadu, po czym się urywa. Znajdujemy więc trasę alternatywną nieco poza szlakiem. Krótka, kilkuminutowa wspinaczka i możemy podziwiać rzekę z góry. Tym sposobem idziemy trasą uczęszczaną tylko przez okoliczne dzieciaki, zostawiając daleko za sobą jarmarczne stragany. 

Na końcu szlaku czeka nas brodzenie po kolana w lodowatej wodzie. Strumień leniwie wije się przez zarośla. W najwęższym miejscu ma jakieś 15 metrów a mostu w zasięgu wzroku brak. Nie chcemy wracać tą samą drogą. Efekt? Kilka upadków, kilka poślizgnięć na mokrych kamieniach i zmoczonych części garderoby, ale więcej jest uśmiechów i dziergania dobrych wspomnień. Szkoda tylko, że ponownie przychodzi mi podziwianie pięknego miejsca stworzonego przez naturę, zaśmieconego przez próżnego człowieka. Bo co z tego, że górska woda w potoku krystaliczna, skoro u jego ujścia piętrzą się stosy plastikowych butelek, petów i talerzy piknikowych.

Barzan – kolebka Kurdów

Kolejnego dnia udaje nam się zjeść obfite śniadanie, które daje nam zastrzyk energii na czekającą nas podróż na wschód. Zanim jednak ruszamy w kierunku Rawanduz, odwiedzamy jeszcze opuszczone ruiny dawnej medresy (szkoły koranicznej), które wydają się być zupełnie zapomniane przez świat.

W drodze do Rawanduz zatrzymujemy się w Barzan, we wspomnianym wcześniej Instytucie Pamięci Ofiar. Tu pod swoje skrzydła bierze nas dostojny przewodnik, kreśląc tragiczne dzieje swojego ludu. Żegnając się z nim obiecujemy, że w miarę możliwości, przekażemy światu tę smutną historię dalej (co niniejszym uczyniłam kilka akapitów wyżej).

Kanion Dore

To jedno z dwóch miejsc, które najbardziej chciałam zobaczyć będąc w Kurdystanie. Porównywany do Amerykańskiego Horseshoe Bend, kanion stanowi urzekający widok. Dotarcie do tego punktu nie jest zbyt łatwe, głównie ze względu na błądzącą nawigację (pro tip: google maps w Kurdystanie nie działa, polecam używać alternatywy Waze). Praktycznie pod sam punkt widokowy można dojechać samochodem. My zdecydowaliśmy się przespacerować ostatni odcinek w popołudniowym słońcu, aby trochę nasycić oczy piękną przyrodą naokoło. 

Przy samym punkcie widokowym brak jest jakichkolwiek oznaczeń czy infrastruktury. Jest natomiast pan żołnierz siedzący w cieniu rozłożystego drzewa oliwnego, który uprzejmie wskazuje nam drogę do skarpy. Następnie odprowadza nas na miejsce, taktownie stojąc z boku i pilnując aby nic nam się nie stało. Piękne jest to miejsce. I choć nie wygrywa pojedynku na rozmiar z Amerykańskim większym bratem, bez wątpienia bije go w przedbiegach jeśli chodzi o unikalność doświadczenia. Bo w Kanione Dore, ponownie jesteśmy tylko we własnym gronie. Dopiero w drodze powrotnej widzimy inne auto z trójką lokalnych nastolatków, którzy przyjechali tam na piknik.

Góry Zagros

Noc spędzamy w Rawanduz – dużym mieście do którego dojeżdżamy późnym wieczorem. Przed wjazdem do miasta jedziemy dnem kanionu, otoczeni zewsząd skalnymi ścianami, które stanowią obłędną trasę widokową, mimo ciemności za oknem. Przez kolejne dwa dni przejedziemy tą trasą jeszcze kilkakrotnie i za każdym razem widok będzie nas cieszył tak samo.

O samym Rawanduz nie napiszę wiele, bo miasto to było jedynie przystankiem noclegowo-kulinarnym na naszej trasie. Już kolejnego dnia rano ruszyliśmy, ku mojej wielkiej uciesze w góry Zagros. Same góry nie zawiodły i zaspokoiły moją potrzebę obcowania z naturą, po dość monotonnej jeździe samochodem przez ostatnie dni.

Piękne widoki, przyjemny trek, pasące się w oddali krowy i cisza gór. Rejon co prawda o tej porze roku jest nieco wysuszony. Powoduje to, że kolorystyka z soczystych zieleni, które można tu zaobserwować wiosną, przeobraziła się w ciepłe żółcie i pomarańcze a lokalny górski staw, który pięknie wkomponowuje się w krajobraz, po prostu wysechł. Natomiast wierzę, że pozimowe roztopy, przywrócą czasy jego świetności na wiosnę.

Kurdystan

Wodospady, które wraz z wodą spadły na sam dół kurdyjskiego rankingu

Chcąc zagospodarować drugą część dnia, postanowiliśmy odwiedzić dwa okoliczne wodospady Bekhal. Choć nieustannie przewijały się one w wynikach naszego researchu przed odwiedzeniem Kurdystanu, obie “wycieczki” okazały się kompletną klapą. Największą wartością była trasa do nich prowadząca. Droga w środku Kanionu w promieniach zachodzącego słońca obdarowała nas spektakularnymi widokami.

Niestety tego samego nie pomogę powiedzieć o wodospadach. Pierwszy z nich okazał się być w … remoncie. Lokalne władze zdecydowały się na “obudowanie go” infrastrukturą turystyczną i w rezultacie stanowi on obecnie plac budowy. Drugi zaś, ten etap ma już niestety za sobą. Aktualnie jest przaśną cepelią pełną dymu z grilla, waty cukrowej i straganów z jedzeniem. Tu zrobiliśmy najszybszy odwrót z możliwych i pożegnaliśmy się z okolicą w kilka minut. To pierwsze miejsce w Irackim Kurdystanie, którego nie polecam i radzę omijać szerokim łukiem. Stanowi przykry przykład tego jak człowiek w pogoni za pieniądzem, całkowicie niszczy piękno natury.

O Erbilu słów kilka

Erbil zostawiliśmy na koniec naszego pobytu w Kurdystanie. Kurdowie są dumni ze swojej stolicy, która w ciągu ostatnich lat przeszła istny renesans. Miasto z roku na rok się rozbudowuje i co rusz przyobleka w nowe wielkie centra handlowe i biurowce. Na ulicach widać coraz mniej riksz, wypieranych przez eleganckie samochody. W centralnym punkcie Erbilu, znajduje się cytadela, obecnie wpisana na listę światowego dziedzictwa Unesco. Skrywa ona pod sobą warstwy wcześniejszych fortyfikacji i stanowi łakomy kąsek dla archeologów.

Dookoła wzgórza, na którym pyszni się cytadela, aktywnie działają lokalni sprzedawcy, zachęcając turystów do zapoznania się z ich towarem. To niewątpliwie największe miejsce turystyczne w Irackim Kurdystanie (poza niechlubnymi wodospadami Bekhal) . Knajpy, herbaciarnie, kramy, sklepiki – wszystko to otacza wzgórze z cytadelą.

Ostatni dzień w Kurdystanie, po tygodniu wymarzonej słonecznej pogody, żegna nas deszczem. Postanawiamy przespacerować się do oddalonego o kilka kilometrów od naszego hotelu, meczetu Jalil Khayat. Z daleka przypomina mi błękitny meczet z Istambułu. Na miejscu uprzejmy pan wpuszcza nas do środka i pozwala pokręcić się chwile po wnętrzach.

Kurdystan – nadspodziewanie godny odwiedzin

Iracki Kurdystan wbił mi słoneczną pieczątkę w paszport. Jest bajeczną mieszanką, różnorodnych ludzi od których bije ciepło i autentyczna troska o przyjezdnych. Niegdyś podobne odczucia miałam za miedzą, wśród Persów. No i te walory przyrodnicze. W dużej części w ogóle nietknięte, były dla mnie wisienką na torcie.

Zaskoczyło mnie jak sprawnie i łatwo można poruszać się po Irackich drogach w obrębie Kurdystanu. Nie przywykłam też do łagodnego zaczepiania na ulicy czy w knajpie, z prostym pytaniem, czy potrzebuję pomocy. Bez ukrytych zamiarów chęci wyłudzenia pieniędzy czy innych złych intencji. Tak po prostu. Być może wynika to z naprawdę niewielkiej liczby turystów (poza Erbilem praktycznie ich nie spotykaliśmy). A może po prostu ta gościnność jest elementem ich jestestwa. Jakakolwiek byłaby odpowiedź, odwiedzając Iracki Kurdystan będziecie czuli się tu dobrze.

I tak – ściskało mnie w dołku, że jestem rzut kamieniem od Mezopotamii i cudów, o których uczyłam się na lekcjach historii w podstawówce, a nie mogę ich teraz odwiedzić. Ale wyszłam z założenia, że wszystko w swoim czasie i teraz sobie tam idę małymi kroczkami, bo stopę w drzwi już wstawiłam.

Jeżeli zainteresował Cię ten tekst i chciał(a)byś potowarzyszyć mi we wspomnieniach z innych podróży, zapraszam Cię również do pozostałych zakątków świata, które odwiedziłam.