Kuba, Viniales, góry, widok, dolina Vinales, pocztówka, wyspa

Kuba – wyspa wybrzmiewająca przeszłością

Kuba jest pogrążona w głębokim kryzysie i nie da się tego przeoczyć. Kilkusetmetrowe kolejki przed stacjami benzynowymi i puste ulice, które czasy swojej świetności mają już za sobą, to widok bardzo powszechny. Paliwo jest towarem tak deficytowym, że kierowcy chcąc możliwie je zaoszczędzić, notorycznie wyłączają silniki zjeżdżając ze wzniesień.

Kuba wybrzmiewa przeszłością. Przeszłością, której my nie pamiętamy, ale nasi rodzice musieli się z nią mierzyć przez lata żyjąc w wydmuszce proletariatu. W kraju, który był niegdyś potęgą cukrową, dziś naprawdę trzeba się nachodzić, żeby znaleźć kogokolwiek, kto sprzedaje choćby orzeźwiający sok wyciskany z trzciny cukrowej. Trzciny, która dawniej zarastała całe hektary kubańskiej ziemi. Próżno tu też szukać bogactw świata doczesnego, bo te zostały zamknięte w turystycznych kurortach na północnym wybrzeżu, odizolowanych od życia, jakie toczy się w pozostałej części kraju.

Wchodząc do sklepów, których obecnie jest naprawdę niewiele, nie zobaczysz półek uginających się od towaru. Twój wybór będzie ograniczony do maksymalnie dwudziestu produktów dostępnych danego dnia i to dostępnych za dolary lub pesos, którymi z dnia na dzień coraz mniej Kubańczyków w ogóle dysponuje.

Nieco lepiej będzie w tzw. sklepach rządowych, stanowiących coś na kształt naszych dawnych PeweX-ów tyle, że oferujących przede wszystkim towary spożywcze a nie przemysłowe i przyjmujących tylko płatności kartą.

Ciemność, widzę ciemność

Na dwa tygodnie przed naszym przylotem na Kubę, doszło do ogromnej awarii jednej z największych elektrowni w kraju. Z minuty na minutę sieć energetyczna przestała działać i niemal cała wyspa pogrążyła się w całkowitej ciemności. Stan ten utrzymywał się przez kolejne miesiące, gdy dostawy prądu zaczęły być reglamentowane. Ci mieszkańcy, którzy mieli na tyle szczęścia, aby wcześniej zdobyć (najcześciej od rodziny mieszkającej na Florydzie) domowy generator prądu, byli w stanie egzystować na w miarę standardowym poziomie. Wszyscy pozostali musieli dostosować się do cyklu dnia i krótkotrwałych przebudzeń elektrowni. A Kuba to kraj, w którym takich awarii zdarza się coraz więcej i nic nie wskazuje na to, aby w najbliższym czasie sytuacja miała się unormować.

Vinales – tu liczy się to, co wokoło miasta

Przylatując na Kubę bardzo zależało mi na tym, aby zobaczyć te części wyspy, które pozbawione są wspomnianych wcześniej kurortów, pełnych zaobrączkowanych opaskami All Inclusive turystów. Dlatego też z pełną premedytacją ominęliśmy podczas tej podróży miejsca takie jak Varadero czy Cayo Coco. Zaczęliśmy od Vinales, które nie jest ani miejscowością nadmorską ani tym bardziej miejscowością obfitującą w turystyczne molochy z kapitałem zagranicznym. Położona w zachodniej cześci wyspy trąci raczej sennym klimatem. Otoczona bujną zielenią poprzetykaną wyrastającymi z niej górami do złudzenia przypominającymi monstrualne drożdżowe bułki – dobrze wyrośnięte i pękate.

Do Vinales postanowiliśmy pojechać w pierwszej kolejności po przekroczeniu granicy, omijając samą Hawanę, ruszyliśmy prosto na zachód korzystając z tzw. taxi collectivo, czyli współdzielonej z innymi pasażerami taksówki. Taxi collectivo jest najcześciej wybieraną formą transportu na Kubie. Przy tak dużych problemach z paliwem robienie “wolnych przebiegów” praktycznie nie ma racji bytu. Trasa z lotniska na obrzeżach Hawany do Viniales zajmuje około dwóch i pół godziny, mimo, że ruch jest dość znikomy, to jednak im dalej od stolicy, tym drogi bardziej przypominają szwajcarski ser niż gładką taflę jeziora i automatycznie czas podróży się wydłuża.

Samo Vinales jest miastem niewielkim, przypominającym amerykańskie filmy z lat 50-ych z główną ulicą przecinającą je na pół. Kilka knajpek serwujących 5 dań na krzyż, wiekowe, w dużej części rozsypujące się budynki, pojedyncze stragany z rękodziełem zrobionym z możliwie niedrogich materiałów, głośna muzyka rozbrzmiewająca z gigantycznych głośników ustawionych na małym centralnym placyku przy kościele od rana do wieczora. Vinales ma tak zwany “klimat”. Ale do Vinales przyjeżdża się nie dla samego Vinales, ale dla tego, co znajduje się wokoło… bo będąc w Viniales mieszkasz w pocztówce.

Wschód słońca z widokiem

Niedospanie po podróży, zmiana strefy czasowej i świadomość, że nasze organizmy z marszu rozbudzą się między trzecią a czwartą nad ranem, spowodowały, że zdecydowaliśmy się wdrapać na okoliczne góry i podziwiać wschód słońca z perspektywy ptaka.

Idąc w pogrążonej w ciemności dolinie przed piątą rano, gwiazdy masz na wyciągnięcie ręki. Towarzyszą ci odgłosy świerszczy w trawie, raz po raz szczekającego w oddali psa i własne, ostrożnie stawiane na kamienistej drodze kroki. Masz wrażenie jakby nikt poza tobą nie decydował się na taką wędrówkę, gdy cały świat jeszcze mocno śpi. Szlak nie jest trudny, ale absolutna ciemność wyostrza zmysły.

Gdy przedrzesz się przez kamieniste uskoki i błotniste koleiny, czeka cię ostatni odcinek, gdzie nachylenie terenu zmienia ostrożny spacer w czujne podejście pod górę. Podejście nie jest szczególnie długie i osoba o średniej wytrzymałości (choć myślę, że i te, niegrzeszące nadmierną aktywnością fizyczną na codzień) spokojnie sobie poradzi bez większej zadyszki.

Stary człowiek i góry

Siedemdziesięcio-ośmio letni Manuel odryglował drzwi swojej samotniej, stojącej na zboczu chaty, przecierając jeszcze zaspane oczy. Rozpalił w palenisku na tyłach obejścia, jego żona postawiła na nim imbryk z kawą, a on spracowanymi dłońmi o pergaminowej skórze wyciągnął przed chatę dwa krzesła, zapewniając nam punkt widokowy, godny pierwszego rzędu w teatrze. Pozostało nam tylko czekanie na spektakl. Ten najpiękniejszy – spektakl natury.

Parę chwil później, mimo wcześniejszego poczucia odizolowania, okazało się, że nie tylko my wpadliśmy na pomysł podziwiania takiego widowiska o brzasku, bo już wkrótce zauważyliśmy w dole zbliżające się powoli światełka czołówek tańczące jak świetliki w lesie. Kilku innych wędrowców dołączyło do nas na podwórku Manuela, który za drobną opłatą ponownie wstawił imbryk z kawą i garnek oleju, w którym usmażył ociekające tłuszczem, ale zaskakująco smaczne chrupkie prażynki z manioku.

Turystów takich jak my, Manuel wraz z żoną witają o świcie dość często, dorabiając sobie do samotnego życia w gospodarstwie na górskim zboczu. Lokalni przewodnicy, przyprowadzają tu raz po raz turystów, którzy chcą spojrzeć na ten bajkowy pejzaż w chwili gdy budzi się do życia. Odkąd dorosła już córka gospodarzy, kilka lat temu przeprowadziła się na dół do miasta, zostali sami w towarzystwie radosnych świnek i wszędobylskich kur. Nie pamiętają odgłosów miasta, nie korzystają z internetu czy aplikacji komórkowych. Znają natomiast każdy gatunek ptaka, który przylatuje do ich ogrodu, każdą roślinę rosnącą w obrębie kilku kilometrów od ich domu, i każdy rodzaj wiatru, który zwiastuje burzę. A wychodząc przed swą chatkę o świcie mają przed oczami najpiękniejszy widok na całej Kubie – pokolorowaną promieniami wschodzącego słońca dolinę w której oboje się urodzili.

Jak żyć, gdy Kuba chce Cię osKUBAć?

Okolice Vinales to perełka kubańska. Takie przyrodnicze Eldorado. Piszę to siedząc w cieniu rozłożystego drzewa mangowca, patrząc na kołyszące się na lekkim wietrze pobielane bujane fotele, podczas gdy przez ramię spoglądają mi monumentalne zielone wzgórza.

Jednak mimo tych przepięknych okoliczności przyrody, ludziom tu nie żyje się łatwo. Ci, którzy zdecydowali się udostępniać swoje domy turystom, wynajmując oficjalnie pokoje (tzw. Casas particulares), mają możliwość zarobkowania. Mimo, że turystów na Kubie z roku na rok jest coraz mniej i że większość tych turystów spędza czas jedynie na wybrzeżu, w dalszym ciągu jest to dla lokalnych mieszkańców dodatkowy wpływ do budżetu domowego. Ci zaś, którzy żyją tylko z uprawy rolnej, skazani są przez własny rząd na życie w niedostatku. Kuba wprowadziła rządowe restrykcje, które nie pozwalają na czerpanie dochodów z hodowli trzody, krów czy koni. Jedna krowa ma prawo wyżywić jedną rodzinę, cała reszta nabiału lub mięsa pochodząca ze stada musi zostać oddana państwu. W Vinales 90% tytoniu i 80% pozostałych płodów rolnych anektowanych jest przez rząd.

Morskie opowieści

Jak każdy kraj wyspiarski tak i Kuba jest zależna od bogactw, które oferuje morze. Kuchnia kubańska w dużej mierze czerpie z morza. Ryby, langusty, kraby i wszelkie inne morskie stworzenia pojawiają się na talerzach Kubańczyków dość regularnie. Sportem niemal narodowym jest grillowanie tych specjałów na plażach.

Przyznam, że my podczas całego pobytu na wyspie, plażę odwiedziliśmy jeden jedyny raz, korzystając z możliwości podjechania taxi collectivo 30km od Vinales na plażę, która uchodzi za jedną z ładniejszych w tej części wyspy – Cayo Jutias.

Sama plaża nie zrobiła na nas szczególnego wrażenia, a że dzień był wietrzny a morze wzburzone, zamiast siedzieć na piasku, postanowiliśmy przespacerować się do oddalonej o kilka kilometrów opuszczonej latarni morskiej, którą zauważyliśmy po drodze. Latarnia zbudowana w 1902 roku przez Amerykanów, całkowicie opuszczona od lat. W okolicy żywego ducha, zupełnie nikogo. Widok z niej zaś jedyny w swoim rodzaju.

Cienfuegos – postkolonialny koloryt

Droga współdzieloną taksówką z zachodniej do środkowej części wyspy zawsze prowadzi przez Hawanę, w okolicach której zwykle zmienia się samochód. Taka podróż to koszt około 40$ na osobę, lecz przy braku alternatywnych (równie częstych) środków transportu i ograniczonym czasie na wyspie, nie wybrzydzaliśmy. Cienfuegos jest miastem zgoła innym niż Vinales i absolutnym jego trzonem, ciągnącym się jak kręgosłup przez ciało krokodyla, jest Malecon, długi pasaż biegnący wzdłuż wybrzeża.

Casa, w której zamieszkaliśmy była położona nad samą wodą, na tyle, że jedząc rano śniadanie, uderzała nas bryza z fal odbijających się o krawędź tarasu. Dzielnica na końcu cypla do którego prowadzi malecon zamieszkiwana w przeszłości przez sfery wyższe, polityków, wojskowych i śmietankę towarzyską, dziś cieszy oczy kolorowymi, dobrze zachowanymi postkolonialnymi budynkami. Domy te niegdyś pełne przepychu, dziś stanowią urokliwe pamiątki przeszłości.

Kilkukilometrowy spacer wzdłuż wybrzeża do centrum miasteczka jest atrakcją samą w sobie. A gdy w dodatku natrafi się na zachód słońca, taki jaki udało się zobaczyć nam, to niczego więcej nam w Cienfuegos już nie było trzeba. To miasto jest dla mnie jakimś dziwnym fenomenem jeśli chodzi o wschody i zachody słońca – podobno bez względu na to o jakiej porze roku odwiedza się Cienfuegos, słońce daje tam kosmiczny popis i ja się z tym zgadzam. A gdy zaczyna się dzień takim widokiem do śniadania, od razu jakoś łapie się wiatr w żagle. Taka Kuba aż się prosi o odkrywanie.

Po Cienfuegos przeszliśmy konkretnych kilkadziesiąt kilometrów – kolejnego dnia odwiedziliśmy centrum miasta, kraniec cypla w zatoce i nawet dwa umiejscowione na przeciwległych krańcach miasta, całkowicie różne cmentarze. Pierwszy mały, opuszczony, w nieoczywistym miejscu, dość trudny do znalezienia, w dzielnicy zamieszkiwanej przez uboższą część społeczeństwa, drugi zaś ogromny, monumentalny z wielkimi kolumnami greckimi zdobiącymi wejście na jego teren i szeregiem ogrodników dbających o porządek na nim.

Kuba i jej dzieci

Wszyscy mieszkańcy Kuby z którymi mieliśmy styczność, bez wyjątku, byli niezwykle sympatyczni, chętni do rozmowy i dzielenia się swoimi historiami. A historie te życie pisało im przez lata przeróżne – muszą mierzyć się z brakiem pracy w zawodzie, koniecznym przebranżowieniem, ciągłymi brakami żywności i produktów przemysłowych, problemami zdrowotnymi, rodzinnymi, deportacyjnymi a ostatnio jeszcze brakiem paliwa i prądu. Radzą sobie i robią to umiejętnie, ale czy patrzą w przyszłość optymistycznie? Raczej nie. Przyzwyczaili się do tego, że każdy dzień to mała walka z przeciwnościami losu i tak im życie płynie na “rajskiej” wyspie. A my spoglądając na to przez przydymione szkiełko „tropikalnych podróży” zapominamy, że Kuba jest na równi piękna co bezwzględna.

Trynidad

Znajdujący się kilkadziesiąt kilometrów dalej Trynidad zafundował nam zmianę scenerii. To kolonialne miasteczko, wpisuje się w klimat miejscowości charakterystycznych dla Ameryki Środkowej. Brukowane wąskie uliczki, kolorowe domki, centralny plac okupowany przez dzieci i gołębie – ot klasyka gatunku. W tle pan gra na trąbce, a zza każdego rogu zaczepiają naganiacze oferujący wycieczki po okolicy, transport do niedalekich miejscowości czy na wzgórza, z których rozciąga się widok na okolicę.

Trynidad jest urokliwy, ale to tego typu miejscowość, która zyskuje o świcie, gdy naganiacze jeszcze śpią a po mieście chodzą tylko sprzedawcy chleba, noszący wypieki w wielkich jutowych workach na plecach i obwieszczający o tym, że są w okolicy dmuchając zapamiętale w przeraźliwie głośne gwizdki. Gdy dzień się rozpędza, Trynidad, w rejonie placu centralnego staje się uciążliwy, właśnie przez wspomnianych naganiaczy i przybywające tu zorganizowane wycieczki turystów (których w Vinales i Cienfuegos w ogóle nie widzieliśmy). Dlatego za dnia najlepiej z Trynidadu uciec np. do okolicznych parków narodowych. My ruszyliśmy wcześnie rano następnego dnia po przyjeździe do Gran Parque Natural Topes de Collantes. Złapaliśmy taxi collectivo i w ciągu pół godziny byliśmy pod wejściem do parku. Na cel obraliśmy sobie wodospady, o których wiedzieliśmy, że bliżej południa mogą być już oblegane przez te autokarowe wycieczki na które natykaliśmy się dnia poprzedniego.

Będąc w Trynidadzie warto sobie zrobić  choćby półdniową wycieczkę z dala od miejskiego zgiełku, bo widoki są naprawdę godne uwagi.  My wybraliśmy się nad  wodospad Vegas Grande. Trasa nie jest najłatwiejsza, szczególnie w drodze powrotnej przy wysokiej temperaturze i wilgotności, ale sam wodospad w środku soczyście zielonej dżungli i naturalny akwen, w którym można się schłodzić, to jedno z tych miejsc, które na długo zapadają w pamięć. Kuba w okolicy Trynidadu potrafi się zaprezentować naprawdę pięknie.

Hawana na deser

Ostatnim etapem naszej kubańskiej włóczęgi była Hawana. Zostawiliśmy ją sobie na deser z przyczyn bardziej logistycznych niż z potrzeby serca. A finalnie ten niezamierzony ruch spowodował, że ostatnie wspomnienia, jakich dostarczyła nam Kuba są niezwykle żywe.

Długo zastanawiałam się jak ubrać w słowa atmosferę, która panuje w tym mieście. Jedyne co mi przyszło do głowy, to mało wyrafinowane stwierdzenie, że Hawana jest stolicą jedyną w swoim rodzaju. Nie ma drugiej stolicy, która byłaby podobna do Hawany. Po prostu nie ma. I mogę sobie wyobrażać, że nie tak odległe wenezuelskie Caracas być może jest podobne, ze względu na trudne warunki życia, puste półki sklepowe i regularne odcięcia energii elektrycznej. Albo leżące trochę ponad 1200 km w linii prostej Guatemala City, które przecież współdzieli z Kubą ten środkowoamerykański klimat tak charakterystyczny dla byłych kolonii francuskich, holenderskich czy brytyjskich. Być może gdybym mogła cofnąć się w czasie do lat 50-ych i odwiedzić północnoamerykańskie miasteczka, w których trzecia rewolucja przemysłowa rozpoczęła dynamiczny proces rozwoju rynku samochodowego, przynajmniej częściowo zrozumiałabym dlaczego Hawana wygląda tak ja wygląda. Jedno jest pewne, nie umiem Hawany porównać do żadnego innego miasta które kiedykolwiek przyszło mi odwiedzić.

Bo to co zastałam spowodowało, pewien zabawny rozdźwięk w mojej głowie. Miasto w ruinie, po którym krążą obłędnie piękne duchy minionej epoki. To zderzenie piękna i brzydoty jest tak dojmujące, że nie pozwala przejść obok obojętnie. W Hawanie czas się zatrzymał. Przyrzekam. Gdzie się nie obrócisz, czujesz się jak na planie filmowym.

Marzenie motomaniaków

Pierwsze skojarzenia jakie wywołuje Kuba to rum, salsa i cygara. Chwilę później przychodzi Fidel Castro, Che Guevara i piękne plaże. Z kolei pierwsze skojarzenie, które nasuwa się gdy myślisz o Hawanie to samochody. Piękne klasyczne old-timery. W każdym możliwym kolorze, leniwie sunące przez miasto lub wzdłuż największej kanapy świata, jak lokalni zwykli mówić o nadmorskim deptaku w Hawanie (Malecon).

Klasyczne amerykańskie (choć nie tylko) auta to coś więcej niż wizytówka Hawany. To jej nieodłączny element. Są jak kapelusz na głowie byłej monarchini Wielkiej Brytanii, jak przeklinanie gdy wchodzisz na szczyt góry a jednocześnie bezbrzeżny zachwyt, gdy już na nim jesteś i spoglądasz w dół. Samochody w Hawanie stanowią to co Taj Mahal w Agrze, Wielki Kanion w US czy kwitnące drzewka Sakury w Japonii. Gdyby ktoś w tej chwili kazał mi zamknąć oczy i narysować jedną jedyną rzecz, która została mi w pamięci po Hawanie, byłby to klasyczny samochód z lat 50-ych.

El Polaco – mały przyjaciel z dzieciństwa

Poza pięknymi Cadillacami, Dodge’ami, Chryslerami, Chevroletami i innymi równie eleganckimi autami, stanowiącymi oszałamiający dodatek do miejskiego krajobrazu, w Hawanie (sporadycznie również w innych częściach wyspy) spotkać można El Polaco, jak pieszczotliwie zwykli o nim mówić mieszkańcy Kuby. El Polaco to nasz rodzimy “maluch” – Fiat 126P. Nie muszę nadmieniać, że widok sprawnych maluchów pędzących po ulicach Hawany, przypominających małe bączki latające po łące, przywołał szalone wspomnienia z lat dzieciństwa, gdy w Warszawie 80% aut stanowiły właśnie te samochody. A w Hawanie jest ich obecnie całkiem sporo, często przerobionych, z nadbudówkami, naczepami i innymi “udoskonaleniami” którymi uraczyli je ich obecni właściciele.

Samochody uwięzione w kapsule czasu

Historia klasycznych, często ponad już siedemdziesięcioletnich samochodów na Kubie, jak można się domyślić, jest historią z tłem politycznym. Kuba nigdy nie posiadała przemysłu samochodowego i polegała wyłącznie na imporcie aut i części motoryzacyjnych. Importowano je głównie ze Stanów Zjednoczonych. Mało tego – niektórzy producenci wręcz wysyłali nowe modele testowe na Kubę zanim zostały one wprowadzone do obrotu krajowego. Wszystko uległo zmianie w roku 1959 wraz z rewolucją kubańską i początkiem zimnej wojny. Fidel Castro nałożył embargo na import z USA i zagranicy, co oznaczało natychmiastowe zaprzestanie sprowadzania aut na wyspę. Niestety w kolejnych latach embargo rozszerzono na części samochodowe, co miało poważne konsekwencje dla właścicieli kubańskich samochodów.

Ponieważ do kraju nie sprowadzano żadnych nowych samochodów ani niezbędnych części do ewentualnych napraw, właściciele aut przymuszeni koniecznością musieli zacząć wykorzystywać dostępne części i dokonywać napraw i ewentualnych ulepszeń samodzielnie. W rezultacie obecnie absolutna większość samochodów na Kubie stanowi wymyślne hybrydy z “wnętrznościami” innych aut, ukrytymi w skorupkach pięknych motoryzacyjnych staruszków.

Malecon – największa sofa świata

Malecon w Hawanie jest jak Piąta Aleja w Nowym Jorku, La Rambla w Barcelonie czy Piotrkowska w Łodzi. Różnica polega na tym, że próżno szukać tam sklepów, sprzedawców czy chodnikowych grajków. Malecon z jednej strony dotyka sypiącej się Hawany, gdzie lepiej nie chodzić zbyt blisko budynków, bo w ułamku sekundy może nas przysypać obsypujący się z nich gruz, a z drugiej popisuje się żywiołem pyszniącego się w promieniach zachodzącego słońca oceanu.

Na Malecon wychodzi się najczęściej po to aby zasiąść na szerokiej podmurówce stanowiącej sztuczny falochron i podziwiać spienione fale rozbijające się nam pod stopami, a czasami w odsłonie furii ochlapujące przechodniów i przejeżdżające po nim samochody. Malecon to też miejsce spotkań – jest na tyle długi (ciągnie się 7 kilometrów), że nikt nikomu nie wchodzi w drogę. Malecon jest też miejscem, które sobie ukochałam do portretowania Kuby.

Havana Vieja – Kuba w pigułce

Najstarsza część miasta – Havana Vieja to też najchętniej odwiedzana dzielnica w Hawanie. Bardzo popularną formą rozrywki są tu oferowane przez lokalnych kierowców powolne przejażdżki klasycznymi Old-Timerami po starej części Hawany, podczas których mijasz takie atrakcje jak Kapitol, stanowiący kopię niemal identyczną z tym w Amerykańskim Waszyngtonie czy ulubiony bar Ernesta Hemingwaya, w którym zwykł przesiadywać godzinami nad kieliszkiem daiquiri. Co chwilę drogę przecinają Ci grupki rozemocjonowanych turystów w kolorowych autach, którzy z wypiekami na policzkach robią setki zdjęć, z których pewnie co dziesiąte ujrzy światło dzienne.

Stara Hawana właśnie taka jest – można się po niej kręcić godzinami, można się w niej zgubić, chłonąć jej klimat, zachwycać się muzyką rozbrzmiewającą wokoło i cieszyć się, że trafiliśmy do tego niezwykłego miejsca.

W Hawanie spędziliśmy ostatnie trzy dni tej podróży. Zatrzymaliśmy się w jednym z najwyższych budynków mieszkalnych w mieście, tuż przy Kapitolu. Gdy budziliśmy się rano, mieliśmy szansę obserwować  z góry jak miasto przebudza się razem z nami.

A za dnia chodziliśmy i chodziliśmy jednocześnie wszędzie czując się bezpiecznie i komfortowo. Oczywiście po zmroku nie afiszowaliśmy się z aparatem i nie wyciągaliśmy telefonów bez potrzeby. Jednak wynikało to raczej z naszej przezorności niż faktycznej obawy, że możemy zostać napadnięci.

To moja druga podróż w roku 2024 (po Mongolii), która absolutnie przerosła moje oczekiwania. Mogę śmiało pokusić się o stwierdzenie, że na Kubie podobało mi się wszystko – począwszy od natury, poprzez mieszkańców, kuchnię, klimat a na miastach skończywszy. Tak – Kuba jest miejscem przebogatym kulturowo, pełnym wspaniałych, uśmiechniętych ludzi. To była jedna z moich pierwszych podróży, podczas której staraliśmy się tak dużo rozmawiać z ludźmi i absolutnie pochłonęły mnie ich historie. Być może wynika to z faktu, że Kubańczycy są bardzo otwarci, a gdy znajdują nić porozumienia z przyjezdnymi (bo np. mówimy po hiszpańsku) to ich serca automatycznie się otwierają.

Jedźcie na Kubę! Nie ograniczajcie się do plażowania, spróbujcie ruszyć w głąb wyspy. Kuba ma tak wiele do zaoferowania, że żal byłoby z tego nie skorzystać.

Jeżeli pasjonujesz się odkrywaniem niezwykłych miejsc lub po prostu interesuje Cię Świat, zapraszam Cię do zapoznania się z innymi wpisami na blogu!

A jeśli masz pytania dotyczące powyższego tekstu, zapraszam do kontaktu!