Giant's Causeway, Irlandia Północna, morze, wybrzeże, klif

Irlandia Północna – równie piękna, co pokaleczona

Irlandia Północna jest częścią wyspy, która zachwyca dzikim wybrzeżem, klifami smaganymi wiatrem i Guinessem płynącym wartkim strumieniem. Cieszy też oczy rozległymi pastwiskami na których puchate owieczki jak sunące po niebie obłoki, niespiesznie skubią zielony dywan, który w wyniku tych regularnych postrzyżyn, nie wiedzieć kiedy odrasta ze zdwojoną siłą.

Giant's Causeway, Irlandia Północna, morze, wybrzeże, klif

Irlandia to też gwarne puby wciśnięte między stare kamienice i okruszone z wiekiem ceglane budynki, tętniące za to kolorytem i pobrzmiewające lokalną muzyką. Muzyka ta obowiązkowo wykonywana jest na żywo a poprzetykana raz po raz wybuchami gromkiego śmiechu, mimowolnie podnosi kąciki ust przechodniów. I w końcu Irlandia to też ukochane przeze mnie maleńkie przybrzeżne miasteczka i wioski, gdzie każdy mieszkaniec zna rozmiar buta, ulubiony stołek w pubie i drzewo genealogiczne sąsiada, stanowiącego nieodłączny element jego codziennego żywota na wyspie.

Taką Irlandię poznałam kilka lat temu, gdy przyjechałam do Dublina, będącego wówczas najlepiej skomunikowanym miastem tej absurdalnie zielonej wyspy. Wtedy też brak czasu uniemożliwił mi wybranie się na północny kraniec wyspy, przekroczenie granicy państwowej i sprawdzenie na własnej skórze czy Irlandia – ale ta Północna właśnie, to bardziej Irlandia czy jednak Wielka Brytania? Bo przecież oficjalnie to część Wielkiej Brytanii…

Taka sama, a jednak inna

Dziś już mogę potwierdzić, że Irlandia Północna w swojej skorupce, różni się niewiele od reszty wyspy, jest jednak pokaleczona i podszyta konfliktem terytorialno-religijnym, który sprowadził na jej mieszkańców czarne chmury i czas tzw. kłopotów “troubles”, zbierających przez lata okrutne żniwo wśród jej domowników, a już w szczególności wśród mieszkańców Belfastu.

Irlandia Północna, flaga

Pierwszy wybór ekip filmowych z całego świata

Irlandia Północna, ciekawiła mnie od dłuższego czasu, a już całkowicie nabrałam przekonania, że chcę tam pojechać, po wysłuchaniu odcinka podcastu, poświęconego jej stolicy – Belfastowi właśnie, gdzie zaintrygowały mnie szeroko tam omawiane i pobudzające wyobraźnię “ściany pokoju”. Tym samym gdy nastało lato, a ja w ramach prezentu urodzinowego zostałam obdarowana możliwością odsapnięcia od lipcowych miejskich upałów, które w tym roku wyjątkowo uciążliwie dawały o sobie znać, ani się obejrzałam i już siedziałam w samolocie do Belfastu.

Zatrzymaliśmy się w centrum miasta, stanowiącym ładną, zadbaną, czystą i naprawdę klimatyczną okolicę, gdzie spacerując podziwiasz urocze zakamarki, liczne puby i nawet całkiem zgrabnie wkomponowujące się w otoczenie elementy “wystroju” miasta pochodzące z nagrywanego w dużej mierze w Irlandii Północnej właśnie, obłędnie popularnego jeszcze kilka lat temu serialu “tronowego”. Irlandia Północna ze wszystkimi swoimi nadbrzeżnymi zameczkami rozsypanymi na klifach i zielonych wzgórzach jest niezwykle malowniczą, a co za tym idzie chętnie wybieraną scenerią w wielu produkcjach filmowych. Nierzadkim widokiem są ekipy filmowe, spędzające długie tygodnie w danej lokalizacji, walcząc z kapryśną aurą w celu skomponowania i uchwycenia jak najlepszych kadrów.

Belfast – mój dom murem podzielony

Po Belfaście godzinami możesz poruszać się jak po bezpiecznej enklawie, którą stanowi samo centrum miasta. Nie znając tła historycznego tego regionu, nawet przez myśl ci nie przejdzie, że tuż za miedzą, dwie ulice dalej jeszcze dwadzieścia pare lat temu, niemal codziennie podkładano ładunki wybuchowe na parapetach domów, a członkowie powszechnych tu grup paramilitarnych, w biały dzień dokonywali egzekucji na swoich wrogach. Niewiele osób wie, że to właśnie w Belfaście znajduje się noszący niegdyś miano najczęściej bombardowanego na świecie hotelu – Hotel Europa – który przetrwał 36 ataków bombowych (do czasu, gdy stracił ten niechlubny tytuł na rzecz Sarajevo Holiday Inn).

Gdy ściana zamiast dzielić, ma przynosić pokój

Tak naprawdę dopóki nie przekroczysz trasy szybkiego ruchu, która stanowi pewnego rodzaju umowną granicę między częścią Brytyjską (w przewadze protestancką/ Lojaliści) i Irlandzką (w przewadze katolicką/Republikanie), nie zauważysz wielu śladów uśpionego z pozoru, choć dalej żywo manifestowanego wśród mieszkańców, konfliktu. Dopiero przechodząc przez jedną z kilkudziesięciu tzw. Bram/ścian pokoju (Peace Walls/ Peace lines) wchodzisz w świat, w którym trudno nie zauważyć krzyku o ten właśnie pokój. Ogromne murale, w większości podejmujące tematykę konfliktu, śmierci, bólu, kwiaty, znicze, pomniki i tablice upamiętniające tych, którzy zginęli (zbyt często przypadkowo, w wyniku lokalnych porachunków), pluszowe zabawki porozwieszane na płotach a symbolizujące te najbardziej bezsensowne ze śmierci, bo dotykające małoletnich, to powszechny widok. Widok, który przygnębia, przytłacza i wwierca w głowę pytanie – w imię czego to wszystko?

Dotychczas odwiedziłam tylko jedno miasto w Europie tak radykalnie podzielone – i mimo, że w cypryjskiej Nikozji, bo o tej stolicy mowa, konieczne jest posiadanie paszportu aby przejść ze strony cypryjskiej na turecką i na odwrót, to w zdecydowanie mniejszym stopniu czuje się tam jakikolwiek konflikt – rozłam owszem, inny poziom życia, po każdej ze stron – tak, ale konflikt niekoniecznie. W Belfaście natomiast różnice te są widoczne, wręcz namacalne. Już same bramy, których jest niemal sto, wzbudzają grozę i nasuwają automatyczne skojarzenia z zakładem karnym, w otoczeniu gigantycznych płotów z drutem kolczastym. A fakt, że bramy te w zamyśle powstały po to, aby mieszkańcom obu stron żyło się bezpieczniej i spokojniej (bramy są zamykane na noc i otwierane o świcie), wcale nie sprawia, że czujesz się lepiej.

Ludzie tu pokryci są tkanką bliznowatą, moi rówieśnicy cierpią na zespół stresu pourazowego skutkujący tym, że nie są w stanie znaleźć i utrzymać pracy. PTSD najczęściej wywołany jest przeżytą w dzieciństwie traumą (zainteresowanych odsyłam do badania nt. stanu zdrowia psychicznego mieszkańców Irlandii Północnej, już nieco wiekowego, bo z 2011, jednak szczegółowo pokazującego wpływ wydarzeń z czasu “The troubles” na ludność). Ogrom ludzi doświadczył bądź był wręcz naocznym świadkiem śmierci bliskich im osób, co w efekcie przyczyniło się do tak wysokiego odsetka ludzi straumatyzowanych i odczuwających skutki zespołu stresu pourazowego.

W głąb kraju – czyli dalej od polityki, drzemiących konfliktów i niechlubnej historii

Choćby nie wiem jak interesujące było miasto, które odwiedzam, zwykle jeden dzień w otoczeniu miejskim mi wystarcza i najczęściej już dnia drugiego chcę ruszać dalej. Dlatego tak wspaniale było wyswobodzić się z objęć Belfastu i ruszyć bardziej na północ wprost przez zielone pastwiska na równie zielone klify, które śniły mi się już w dzieciństwie. To prawda, że zanim dojedziesz do wybrzeża (o ile nie jedziesz nim od momentu wyjazdu z Belfastu) po drodze mijasz głównie owce, krowy i niezmierzone połacie zielonych gruntów. Dla wielu takie widoki mogą stanowić dość monotonny krajobraz, dla mnie jednak były wyjątkowo kojące i jawiły się jako przyjemna przeciwwaga do smutnej historii stolicy Irlandii Północnej.

Tam gdzie szepce się legendy w gaelic

Jest coś magicznego w Irlandii – i mam tu na myśli całą wyspę, nie tylko jej północną część. Już samo brzmienie języka irlandzkiego (gaelic) przenosi mnie w czasie, bo brzmi bardziej jak opowieści ludowe, snute przed snem legendy i przypowieści, niż zwykły język służący do codziennej komunikacji. Trzeba wiedzieć, że gaelic niewiele ma wspólnego z powszechnie tu znanym i używanym angielskim. Gaelic należy do grupy języków celtyckich i jego historia sięga ponad dwóch tysięcy lat. Przez ostatnie stulecia w wyniku procesu anglicyzacji, Wielkiego Głodu i negatywnego nastawienia kościoła, gaelic miał swoje wzloty i upadki – jednak obecnie, mimo że nie jest językiem urzędowym, to w dalszym ciągu jest przedmiotem obowiązkowym w szkołach. Dodatkowo niegdyś w Irlandii Północnej posługiwanie się gaelic miało wydźwięk polityczny i do wczesnych lat dziewięćdziesiątych było kojarzone z konspiracją przeciw brytyjskiemu rządowi.

Współcześnie gaelic jest w dalszym ciągu żywy, jednak jego znajomość deklaruje coraz mniej Irlandczyków i nie ukrywam, że coraz rzadziej słychać go na ulicach. A szkoda bo jest naprawdę piękny. Większe szanse na to, aby go usłyszeć w naturalnym środowisku, mamy w mniejszych miejscowościach, gdzie i średnia wieku jest wyższa, i sami mieszkańcy przywiązują większą wagę do zachowania duszy ich kraju – a tej doszukują się właśnie w gaelic.

Pocztówkowe widoki pełne mniej pocztówkowych fanów Gry o Tron

Tak to bywa w czasach popkultury, że jedna szalenie popularna produkcja filmowa jest w stanie tak wypromować region, w którym była nagrywana, że z czasem nawiedzają go chordy turytów – co niewątpliwie przyczynia się do wzbogacenia regionu, ale ma też bardzo przykre w skutkach konsekwencje. Wybrzeże Irlandii Północnej podzieliło tu los chorwackiego Dubrownika, gdzie autokary pełne serialowych fanów odhaczają punkt po punkcie wszystkie scenerie, gdzie kręcone były ikoniczne sceny z Gry o Tron. Jedyną możliwością pozwalającą na uniknięcie tabunów ludzi jest odwiedzenie tych miejsc możliwie wcześnie rano, lub po prostu pominięcie ich w swojej podróży. Tylko, że w przypadku Irlandii Północnej zwyczajnie szkoda jest ich nie odwiedzić, gdy stanowią dobro narodowe kraju i są autentycznie piękne.

Giant’s Causeway – tropem olbrzymów

Zdecydowaliśmy się na pierwszą opcję i ruszyliśmy wcześnie (jak się potem okazało i tak za późno) w kierunku majestatycznego Giant’s Causeway, które charakteryzuje się niespotykanymi gdzie indziej formacjami skalnymi wynurzającymi się wprost z Oceanu Atlantyckiego.

Legenda głosi, że formacje te tworzące niejako groblę, zostały wybudowane przez olbrzyma. Już sama jazda wzdłuż wybrzeża zapiera dech. W drodze mijasz małe wioski, gdzie spora część lokalnej ludności zatrudniona jest na fermach hodowanego tu dość powszechnie łososia, bądź ze względu na wyjątkowo żyzne pastwiska, posiada gospodarstwa specjalizujące się w hodowli owiec. Przy dobrej pogodzie, od czasu do czasu można ujrzeć wylegujące się na skałach foki lub dokazujące w oddali oceanu delfiny, a nawet, gdy trafić tu w odpowiedniej porze roku, wynurzające się z toni samotne orki.

Wszystko to tworzy sielankowy obraz i zupełnie nie przygotowuje na to, co zastaje się przy Grobli Olbrzyma, gdy już się tam dojedzie. Dziesiątki autokarów, setki ludzi, uniemożliwiających nacieszenie oczu tym przepięknym miejscem, powodują, że w pierwszej chwili chce się stamtąd uciec jak najszybciej. Dojście do samej grobli wymaga nieco ponad kilometrowego marszu z parkingu w dół zbocza. Na szczęście jest możliwość wydłużenia tego spaceru o kolejnych kilka kilometrów i wspięcia się na okoliczne klify, dzięki czemu zostawia się za sobą w oddali fanów serialowych i po mniej więcej pół godzinie stają się maleńkimi punkcikami w dole pozującymi do zdjęć na skałach. A tu, na górze widoki warte są już każdego wysiłku podejścia pod tę górę. Wieje i to wieje mocno ale wygraliśmy w pogodową ruletkę, bo słońce przepięknie pokolorowało na nasze wejście zarówno niebo jak i łąki.

Irlandia Północna to też najstarsza na świecie licencjonowana destylarnia whiskey

Będąc w okolicy Giant’s Causeway warto zajrzeć do destylarni whiskey Bushmills, zapraszającej w swoje progi niemal po sąsiedzku. Produkcja whiskey to też istotny element kultury Irlandii. Mimo, że osobiście nie jestem zwolenniczką tego napitku, to tę destylarnię odwiedziłam i nawet spróbowałam wysławianych od niebiosa przez wielu, złotych, oleistych trunków, wśród których niektóre czekały ponad 21 lat na to abym ich posmakowała. Czy żałuję? Nie. Czy powtórzę? Pewnie po raz kolejny dopiero za kilka lat.

Pociągiem w stronę Whitehead

Belfast ma bardzo dobre połączenia kolejowe z resztą kraju i dostarcza wielu możliwości jednodniowych wycieczek do okolicznych miejscowości. Ukłonem w stronę podróżnych jest możliwość zakupienia niedzielnych biletów kolejowych uprawniających do niezliczonej liczby podróży w danym dniu za jedyne 10 funtów (co przy cenie 8 funtów za przejazd jednorazowy jest solidną zniżką).

My po mniej więcej godzinie jazdy praktycznie pustym o poranku pociągiem, dojechaliśmy do Whitehead – które wyraźnie jeszcze spało w mżącym porannym deszczyku. Poza odwiedzeniem górującej nad miasteczkiem latarni morskiej o przewrotnej nazwie Blackhead, nie mieliśmy żadnego planu na ten dzień. Ruszyliśmy więc w stronę wybrzeża.

Sam spacer w stronę latarni jest bardzo przyjemny – przechodzisz praktycznie całą zatokę idąc wzdłuż wybrzeża, mijasz bajecznie kolorowe domy wystawiające pyszczki w stronę morza, by na końcu, przed wspięciem się na klif przejść przez okazałe skalne przesmyki, pretendujące do miana jaskiń.

Samo wejście na klif powoduje małą zadyszkę, ale widoki na górze wynagradzają wysiłek. Trasa na latarnię to mniej więcej 5-kilometrowa urokliwa pętla, pozwalająca całkowicie odpocząć od zgiełku i nacieszyć oczy pięknem tego wybrzeża. A jeśli danego dnia masz szczęście (albo urodziny ;)) to w drodze powrotnej zobaczysz harcujące w pełnym już popołudniowym słońcu, stada delfinów – mi się udało.

Carrickfergus, o którym podobno nawet Rudy podśpiewuje przy Guinnessie

Ponieważ słońce było jeszcze w zenicie, a my przeszliśmy już niemal całą miejscowość wzdłuż i w szerz, zaopatrzeni w kubki z kawą, wsiedliśmy w pierwszy pociąg jadący w stronę Belfastu, po to by po mniej więcej 10 minutach z niego wysiąść i poszwendać się po kolejnym miasteczku. Tym razem padło na Carrickfergus – miasto zdecydowanie większe i głośniejsze od odwiedzanego chwilę wcześniej Whitehead. Tuż po opuszczeniu stacji kolejowej, gdy tylko przeszliśmy przez słaniającą się na nogach wiekową bramę miasta, odwiedzając po drodze przepiękny gotycki przykościelny cmentarz i pochylając się od czasu do czasu nad nagrobkami sprzed ponad 400 lat(!), doszliśmy do rozpościerającego się nad morzem zamku.

Zamek Carrickfergus jest najlepiej zachowanym w całym regionie i rzeczywiście robi wrażenie. Pomijając fakt (i tu niespodzianka) że jest kolejną lokalizacją, w której kręcono GoT, miejska legenda głosi, iż sam Ed Sheeran wspomina go w jednej ze swoich ballad. Coś tam faktycznie śpiewa o Irlandce zakochującej się w Angliku, ale czy przewija się tam zamek – nie sprawdzałam. W międzyczasie deszcz rozpadał się na dobre, nadając miastu dość mroczny klimat a nas zmusił do zrobienia po raz pierwszy użytku z parasolki.

Samo miasto, głównie za sprawą ciągnącej się wzdłuż wybrzeża dwupasmówki, ale też majaczących w oddali kominów lokalnej elektrowni, nie jest już tak obrazkowe jak senne Whitehead. Główną jego atrakcję stanowi wspomniany zamek i na tym chyba koniec. Dlatego nie tracąc czasu pokręciliśmy się po okolicy, obeszliśmy pozostałości murów miasta i wskoczyliśmy do pociągu w kierunku Belfastu, żeby zakończyć dzień godnie celebrując moje urodziny w najstarszym pubie w mieście przy dźwiękach dud i kropelce Guinessa.

Dla kogo ta Irlandia Północna?

Ten wyjazd potwierdził, że Irlandia Północna to naprawdę dobry kierunek na kilkudniowy wypad. Zaskakujące nawet dla mnie samej jest to jak dobrze się tam czułam, zważywszy na fakt, że cała wyspa jest jednym z najmniej zalesionych obszarów w Europie – a jak chyba już powszechnie wiadomo – jestem największą miłośniczką lasów i to zwykle w rejonach leśnych lub z łatwym dostępem do lasu, czuję się najlepiej. A tu proszę – taka niespodzianka.

Myślę, że bardzo na korzyść zadziałały tu duże otwarte przestrzenie, odludne i zielone, (które automatycznie nasunęły mi wspomnienia z czasów gdy przemierzałam Argentyńską pampę czy nawet gdy włóczyłam się chwilę po Islandii) i przypomniały mi, że takie krajobrazy są tym, co ładuje mi baterie najbardziej. Wyjątkowo dobrze się czuję będąc cichym obserwatorem momentów, gdy to natura jest górą i niejako wygrywa z człowiekiem. I mimo, że Irlandia Północna dźwiga brzemię popularności serialowej i chwilami nie pozwala na to przyglądanie się naturze w ciszy i spokoju, to i tak uważam, że poza utartym szlakiem można ten zielony koktajl pochłaniać w każdych ilościach. Co też serdecznie polecam zrobić! Samo zdrowie ;)