Etiopia – skąpana w dymie królowa wschodów słońca

Nigdy nie byłam zwolenniczką hucznego obchodzenia Nowego Roku i od lat w Sylwestra najchętniej chodzę spać możliwie wcześnie. Niestety o ile nie jestem wówczas w głuszy odciętej od świata, zazwyczaj wybudza mnie hałas fajerwerków i innych dość bezsensownych pirotechnicznych wymysłów. Dlatego też oczy zaświeciły mi się na myśl spędzenia Sylwestra w miejscu, w którym tego Sylwestra po prostu nie ma. Bo i trudno żeby był, skoro czas płynie tam zupełnie inaczej z racji 13-miesięcznego kalendarza. I tak właśnie kieliszek wina musującego o północy, zamieniliśmy na płytki sen na pograniczu Wyżyny Abisyńskiej i Kotliny Danakilskiej w samym środku obchodów tutejszego  Bożego Narodzenia. Etiopia przywitała nas godnie.

Lalibela – wkraczając w sacrum Etiopczyków

W domu pierwszy stycznia, a tutaj 23 dzień miesiąca Tahśaś i pobudka o świcie. Wszystko po to, żeby podczas 15-minutowego rześkiego spaceru pod górę w towarzystwie dziesiątek pielgrzymów obleczonych w białe powłóczyste szaty, udać się do kościoła St. George.

Kościół ten to najbardziej charakterystyczna budowla w Lalibeli i chyba jedna z bardziej unikalnych, jaką może poszczycić się Etiopia. Wykuty w litej skale, mający przekrój krzyża, wygląda jak gigantyczna foremka zanurzona w piaskownicy. Według lokalnych wierzeń, jego budowa trwała 23 lata i powstał on jako ostatni z szeregu świątyń rozsypanych na przestrzeni kilkuset metrów.

Biały człowiek a kapłan

Wkraczamy w tłum zebranych wokół kościoła wiernych. Absolutnie każdy na nas patrzy. Przez głowę przebiega mi myśl, że tak musiały czuć się w Polsce osoby czarnoskóre 40 lat temu. Wszystkie głowy odwracają się w naszym kierunku. O ile wierny nie jest pogrążony w głębokiej modlitwie, bez krztyny zażenowania wlepia w nas wzrok. Musi minąć sporo czasu zanim się z tym oswoję. Mimo zapewnień przewodnika, który będzie nam dziś towarzyszył podczas zwiedzania kościołów Lalibelli, że mogę robić zdjęcia, mam spore opory. Nie chcę zanadto wkraczać z obiektywem w ich moment sacrum.

Pielgrzymka do świętego miasta

Ponieważ znaleźliśmy się w Lalibeli w okresie tutejszych świąt Bożego Narodzenia, spotykamy na swojej drodze setki pielgrzymów zmierzających do świętego miasta. Ludzie ci przybywają tu z różnych części Etiopii, często idąc wiele dni. Według wierzeń, jeśli zawitasz do kościołów Lalibeli przynajmniej trzy razy w życiu, spłynie na ciebie błogosławieństwo boże i możesz liczyć na pośmiertne życie w niebie. W 23 dniu miesiąca pielgrzymów w kościele Św. Jerzego jest wyjątkowo dużo – bo dodatkowo właśnie wtedy obchodzony jest dzień patrona kościoła.

Lalibela jest dobrze przygotowana na przyjęcie pielgrzymów. Co rusz w mieście spotykamy ocienione stanowiska pełne kolorowych misek z wodą, które mieszkańcy wykorzystują do symbolicznego obmywania stóp pielgrzymów przybywających z dalekich stron. Zabieg ten ma zapewnić obu stronom pomyślność i błogosławieństwo.

Lalibela – czyli Etiopia i jej mała Jerozolima

Po wschodzie słońca, gdy ceremonia dobiega końca, w bezpośrednim sąsiedztwie kościoła Św. Jerzego, nieustannie zaczepiają nas umorusane dzieciaki chcące poćwiczyć swój angielski. Niektóre zaskakująco dobrze radzą sobie z komunikacją. Oczywiście poza tym, starają się wyciągnąć od turystów pieniądze na długopisy, czekoladę i książki. Na teren kompleksu (poza kościołem świętego Jerzego) można się dostać tylko z biletem wstępu, który pozwala na pięć dni zwiedzania i stanowi niebagatelny koszt 100 $ na osobę.

Co prawda pozostałe kościoły nie są ogrodzone, jednak co jakiś czas jesteśmy proszeni o okazanie biletów przez kogoś z tłumu. Legenda głosi, że kościoły powstały po to, aby pielgrzymi nie musieli przemierzać dalekiej wielotygodniowej trasy do Jerozolimy. Są zbudowane w sposób mający odwzorowywać święte miasto. A teraz w  przedświątecznym tygodniu pełne są owiniętych w białe całuny wiernych, którzy w skupieniu pogrążeni są w modlitwie. Jedni padają na kolana w zacienionych wnętrzach świątyń, inni szepczą modlitwy przytulając głowy do chłodnych ścian. Spędzamy niemal cały dzień spacerując między kościołami.

Po południu, gdy słońce zaczyna przypiekać, większość pielgrzymów znika. Odpoczywają w cieniu okolicznych drzew. Wówczas kompleks się wyludnia. W międzyczasie w godzinie obiadowej, z dala od kościołów, zachodzimy do knajpy oferującej wegetariański bufet, który okazuje się wyjątkowo drogą opcją jak na tutejsze standardy. Na szczęście kawa w przydrożnej “kawiarni” rekompensuje niesmak po przepłaconym posiłku.

Etiopia spowita kłębami dymu

Poranna świąteczna ceremonia przed wschodem słońca jest prowadzona w kłębach dymu, który w Etiopii będzie nam towarzyszył wyjątkowo często. Wdzierający się pod ubrania, drażniący oczy, dla Etiopczyków poza pragmatyczną funkcją oczyszczania, pełni też rolę bardziej duchową. Dym z kadzielnic i przydomowych ognisk będziemy jeszcze odczuwać na własnej skórze wielokrotnie podróżując po północnej Etiopii.

Nieodnaleziony Cud Świata

Kompleks skalnych kościołów w Lalibeli jest unikalny na skalę światową. Koptyjskie budowle datowane na XII- XIII wiek, stanowią miejsce do którego naprawdę warto zajechać. Jedne połączone podziemnymi tunelami, prowadzącymi do symbolicznego “piekła”, inne maleńkie jak ziemianki. Niektóre w dalszym ciągu funkcjonują jako miejsca kultu, gdzie odbywają się chrzty, śluby i inne ceremonie religijne. Wszystkie zaś wykute w litej skale przy ogromnym nakładzie pracy i ograniczonych narzędziach. Dziś stanowią absolutne bogactwo kulturowe Etiopii i wyjeżdżając z Lalibeli zgodnie stwierdziliśmy, że powinny figurować na liście Cudów Świata.

Restauracja na krańcu świata

Na podziwianie zachodu słońca wybieramy się do niezwykłego miejsca, na które natknęłam się czytając o Lalibeli jeszcze w zasypanej śniegiem Polsce. Na obrzeżach miasta, na końcu uliczki zamkniętej obecnie przez wojsko, znajduje się niezwykła restauracja. Stanowi dziwne połączenie kosmicznej architektury o unikalnej bryle i wspaniałej lokalizacji.

Liczne tarasy w kształcie grzybów obleczone barierkami z kutego żelaza, do których prowadzą wijące się jak bluszcz schody, przywodzą na myśl kadry z wczesnych filmów Tarantino. Jednak to co absolutnie wbija tam w fotel, to widok na całą dolinę roztaczający się jak na dłoni.

Zachód słońca nawet szczególnie nie musi się starać, żeby odmalować przepiękny obrazek. Mimo że miejsce to funkcjonuje od 2012 r. obecnie wygląda bardziej na nieźle zachowany urbex, niż na funkcjonującą na pełnych obrotach knajpę. Gości praktycznie nie ma i tym bardziej wdzięczni jesteśmy za możliwość wypicia i zjedzenia czegoś drobnego za naprawdę uczciwe pieniądze.

Gdy słońce znika za górami, łapiemy tuk-tuka i zjeżdżamy do naszego miejsca noclegowego. Wita nas ponownie cykaniem świerszczy poukrywanych w okalającym budynek ogrodzie i dalekim muczeniem schodzących z pastwisk krów. Raz jeszcze dym z palonych wszędzie ognisk wdziera się w ciszę wieczoru. My jednak po, mimo wszystko, słabo przespanej sylwestrowej nocy szybko zakopujemy się w pościeli.

Kolejnego dnia po śniadaniu pora ruszyć na lotnisko, żeby złapać co najmniej trzy samoloty które przetransportują nas do Mekelie. Stamtąd ruszymy podziwiać największą depresję na kontynencie afrykańskim –  pustynię Danakil.

Mekelie – wielkie nic w środku niczego

Mekelie to takie miejsce, o którym trudno mi cokolwiek napisać, bo spędziłam w nim zaledwie noc przed wyruszeniem w okolice Danakil i kolejną po powrocie. Przy tym drugim razie, po trzech dniach spędzonych w jednym z najmniej przyjaznych człowiekowi środowisk, najbardziej doceniłam w nim dostępność prysznica w łazience hotelowej. Jako żywo stanęły mi wspomnienia z Mongolii, gdzie codzienny prysznic stanowiły nieśmiertelne chusteczki odkażające (dziękujemy Ci, SC Johnson?)

Z ciekawostek, w samolocie do Mekelie, rząd przed nami, siedział chyba jedyny po Hajle Syllasie I, Etiopczyk, który jest mi znany (nomen omen noszący bardzo zbliżone miano) – absolutna legenda światowa biegów długodystansowych- Haile Gebrselassie. Co więcej, to spotkanie nie wyczerpało naszego limitu szczęścia w tym dniu. Bo oto po przylocie na miejsce, udało nam się całkiem przypadkowo załapać na transport do hotelu po lokalnej stawce (stanowiącej dosłownie połowę tej oferowanej turystom) współdzieloną taksówką.

Gdy Etiopia zaskakuje w sposób mniej pozytywny

Ale żeby nie było tak całkiem różowo, tego samego dnia na lotnisku w Addis Abebie, przez które musieliśmy się dostać do Mekelie (bo bezpośrednich lotów brak) spotkała nas też najmniej przyjemna sytuacja w Etiopii. I tu małe wprowadzenie. Etiopia ma dość specyficznie uregulowane prawo odnośnie wwożenia do kraju sprzętu nagrywającego. Należy uzyskać oficjalne pozwolenie na używanie drona. To akurat nie jest nietypowe, bo w wielu krajach tak to działa. Natomiast dość uznaniowo traktowane jest wwożenie np. lustrzanek lub mniejszych kamer, które w teorii są w stanie nagrywać materiały w lepszej jakości i rozdzielczości niż np. smartfony.

Zawsze przed odwiedzeniem kraju, w którym nigdy wcześniej nas nie było, robimy rzetelny research dotyczący ewentualnych ograniczeń wjazdowych, właśnie po to, żeby uniknąć sytuacji, kiedy wielce ważny pan celnik zechciałby zarekwirować nam sprzęt. No i tym razem tak właśnie się stało. Być może trafiliśmy na zły dzień aroganckiego małolata zasłaniającego się legitymacją celną, może chciał dostać w łapę, ale nie znalazł odpowiednich ku temu warunków, kto wie? Finał niemal godzinnej z nim przepychanki był taki, że skonfiskował nam kamerę, nie będąc w stanie powołać się na żaden paragraf. Na szczęście była to konfiskata tymczasowa, która pozwoliła nam odebrać naszą własność tydzień później, tuż przed wylotem powrotnym do Polski.

Poza stresem wywołanym ekstremalnie chamskim i opryskliwym podejściem celnika i brakiem możliwości nagrywania w nieco lepszej jakości podczas reszty naszej podróży, straty były niewielkie. Absurd całej sytuacji polegał na tym, że podróżowaliśmy z tą kamerą przez pierwszych kilka dni po Etiopii. Przeszliśmy po drodze przez conajmniej trzy kontrole lotniskowe i ani razu nie było problemu. Mało tego – spotkaliśmy później na swojej drodze innych turystów, którzy nagrywali dokładnie taką samą kamerką na terenach przygranicznych. Jak widać mieli więcej szczęścia niż my w tej kwestii.

Danakil – gdy pustkowie, pustkowiu nierówne

Samodzielne poruszanie się po północnej Etiopii, szczególnie przy granicy z Erytreą, jest obecnie bardzo odradzane. Jest to wynikiem, wybrzmiewających wewnętrznych i regionalnych konfliktów, w tym zakończonego zaledwie kilka lat temu konfliktu w regionie Tigraj. Żeby móc udać się w region pustyni Danakilskiej potrzebujesz przewodnika. Ale zwykle też przewodnika “lokalnego” porozumiewającego się w lokalnym dialekcie, a jednocześnie będącego twoją eskortą (nierzadko z długą bronią palną przewieszoną przez ramię). Bo mimo podpisanego porozumienia, da się tu odczuć wzajemną niechęć Etiopczyków przybywających z okolic stolicy i tych zamieszkujących rejon Tigraj. Ta niechęć najcześciej podszyta jest aspektem finansowym. To właśnie on zazwyczaj staje na przeszkodzie w sprawnym poruszaniu się po północy Etiopii.

My, mimo wykupionej lokalnej 3-dniowej wycieczki (gdzie zarówno nasz przewodnik jak i kierowca, sprawnie omijali przeszkody z gatunku społecznych) kilkakrotnie musieliśmy swoje odczekać. Zazwyczaj podyktowane było to tym, że panowie musieli się dogadać ile “wstępnego” się należy za przejechanie ich drogą, albo dlaczego mamy przewodnika z Mekelie a nie z ich plemienia. Na szczęście mimo, tych kilku spowalniających przystanków, dotarliśmy wszędzie, gdzie chcieliśmy i nasyciliśmy oczy obłędnymi widokami.

Etiopia i jej jeziora solne

Dostanie się z Mekelie do “przedpokoju” depresji Danakil okraszone jest kilkugodzinną jazdą przez zarówno zaskakująco dobre drogi jak na Afrykę, ale też nierzadkie bezdroża, wertepy i piaszczyste uskoki. Do miejsca, w którym będziemy spali dojeżdżamy o zachodzie słońca. Dlatego szybko zrzucamy plecaki i podjeżdżamy podziwiać ten spektakl natury na tafli rozciągającego się 15-minut drogi od obozowiska, głębokiego na ledwo 10 cm, solnego jeziora Karum.

Wrażenie zupełnie takie samo jak prawie 13 lat temu na boliwijskim Salar de Uyuni. Tyle że dziś brodzę w jeziorze boso a wówczas obleczona byłam w sweter z wełny alpaki i ciepłą czapkę. Ale sam krajobraz, ciepłe refleksy zachodzącego słońca na płytkiej tafli i bezbrzeżna przestrzeń, gdziekolwiek nie spojrzę, koją tak samo, jak wtedy, gdy widziałam solne jezioro po raz pierwszy w życiu. Dla takiego zakończenia dnia warto było telepać się godzinami w 30-stopniowym upale.

Hotel milion-gwiazdkowy

Spanie pod gołym niebem jest doświadczeniem, którego polecać nie muszę. Myślę, że każdy, kto spróbował go choć raz w życiu, prędzej czy później będzie chciał je powtórzyć. A gdy nie przeszkadza ci w tym bzyczące stado komarów nad uchem, zawiewający od pustyni wicher niosący ze sobą tumany kurzu, czy zbyt jasno świecący w oczy księżyc, to niemal na pewno wspomnienia będą wspaniałe!

Nasze pierwsze spanie w Etiopskim hotelu milion-gwiazdkowym uznaję za udane. Co prawda ten księżyc nieco przyćmił rozsiane na atłasie nieba gwiazdy, ale i tak było pięknie. Tyle, że kilka godzin później pobudka przed piątą rano i mycie zębów przy świetle czołówki już tak rozkoszne nie było. Ale czego się nie robi dla podziwiania wschodu słońca na jeziorze solnym. W końcu zachód już widzieliśmy, pora na wschód, zanim wyruszymy w stronę krajobrazów nie z tej ziemi.

Słone złoto

Wsiedliśmy na dach jeepa żeby podziwiać to piękne pustkowie, przekrzykując wiatr dudniący w uszach po drodze. Fajnie było – płasko jak okiem sięgnąć.

W oddali tylko majaczą nam ostatnie ciężarówki wyładowane solą. Z tego właśnie żyją tutejsi mieszkańcy. Wydobycie soli nie jest w żaden sposób kontrolowane przez państwo. Ludzie traktują ją jako dar natury i czerpią z niego ile się da. Danakil jest najniżej płożonym rejonem na kontynencie afrykańskim i jednocześnie jest jednym z najgorętszych miejsc na kuli ziemskiej (!). I o tym Etiopia nie daje zapomnieć. Ze względu na drastycznie wysokie temperatury jakie tu panują, sól jest wydobywana głównie nocami. Rano najcześciej widać ciężarówki zmierzające już do skupów.

Kraina, która trąci zgniłym jajem

To, że się do niej zbliżamy czuć było niemal na kilometr. Temperatura też daje tu o sobie znać. Mimo, że w rejon wulkanu Dallol dojeżdżamy przed 9 rano, już czuć ostre słońce, które w przeciągu najbliższych kilku godzin przegoni niejednego piechura.

Po mniej więcej półgodzinnym dość łagodnym podejściu pod górę, wkraczamy na inną planetę. Powiedzieć, że kolorystyka pól siarkowych do których docieramy, jest niezwykła, to jak nic nie powiedzieć. Jaskrawożółte, seledynowo zielone, ognisto pomarańczowe a od czasu do czasu śnieżnobiałe gorące źródła i tarasy siarkowe, stanowią widok tak obłędny, że człowiek zaczyna się zastanawiać jak to jest w ogóle możliwe, że na świecie istnieją takie miejsca. Nigdy wcześniej nie widziałam czegoś podobnego. Oczy dosłownie nie nadążają za łapaniem tych żywych kolorów, które jawią się tak, jakby ktoś podkręcił im jaskrawość i temperaturę w Photoshopie.

A dookoła słyszysz tylko miarodajny bulgot hydrotermalnej aktywności. Patrząc na to utlenianie się siarki myślisz sobie – co to jest za obłędny spektakl natury! Naprawdę nie spodziewałam się, że to Etiopia będzie krajem, w którym zobaczę jedno z najbardziej fascynujących miejsc na Ziemi.

Spanie na wulkanie

Kolejną noc również spędzamy pod gołym niebem. Tym razem u podnóża wulkanu Erta Ale, który jeszcze miesiąc temu pluł lawą jak zły! Ale dziś już sobie spokojnie drzemie. Trochę szkoda, bo liczyłam na zajrzenie we wrota piekieł. Ale co się odwlecze to … wiadomo. To, że wulkan zapadł ponownie w sen, nie znaczy, że nie zamierzamy na niego wejść. Bo zamierzamy i to nawet co najmniej dwa razy. No bo skoro solne jezioro podglądaliśmy z perspektywy wschodu i zachodu słońca, to dlaczego by nie zrobić tego samego na wulkanie?

Zatem pierwsze podejście na szczyt jeszcze dziś przed kolacją tuż przed zachodem słońca. A potem już tylko gapienie się w niebo zanim księżyc wypełznie zza gór i oświetli obozowisko. Naprawdę zacna perspektywa. Bardzo przyjemny, choć dość krótki to spacer, bo na górze jesteśmy już po 40 minutach. Z racji niedawnej erupcji, nie wszędzie jeszcze można chodzić swobodnie. Podłoże, przy samych kraterach (jest ich kilka) wygląda jak piaskowo-złota beza w zachodzącym słońcu. Jest jeszcze dość mało stabilne w niektórych miejscach i można się w nie po prostu zapaść. Dlatego idziemy krok w krok za przewodnikiem, który doskonale wie, które uskoki omijać.

Jeden z kraterów nieustannie kaszle kłębami dymu (jak widać nigdzie nas zadymiona Etiopia nie oszczędza). Tworzy to nieco mroczny klimat, gdy słońce już znika za horyzontem. Do obozu schodzimy już w całkowitej ciemności.

Dlaczego podróżując, nigdy się nie wysypiam

Głównie dlatego, że matka natura najpiękniej prezentuje się o brzasku. I nigdy nie chcę tego przegapiać. Ot cała historia. Wdrapaliśmy się więc na wulkan ponownie, tym razem na wschód słońca i oh jaki on był piękny!

Wdzięczna za własną przezorność, która kazała mi ubrać się na cebulkę, otulona wiatrówką zasiadłam w tym naturalnym kinie i czekałam na naszą gwiazdę, aż się zaprezentuje w pełnej krasie. W nocy solidnie przemarzliśmy a i wulkaniczne opary, które przywiewał złośliwy wiaterek, utrudniały sen. Dlatego teraz siedząc w promieniach wschodzącego słońca na szczycie wulkanu, w kilu warstwach odzieży, łapię się na tym, że momentami przysypiam na siedząco. Ale to taki błogi półsen w przepięknym otoczeniu. Myślę, że zapamiętam go na długo.

Niedostępne skalne kościoły Tigraj

Nasz pobyt w Etiopii nie był zbyt długi, nie trwał nawet 10 dni. Dlatego tym razem zdecydowaliśmy się na eksplorację tylko północnej części kraju. Gdy brudni, zmęczeni ale też dziwnie zadowoleni, wróciliśmy na jedną noc do Mekelie (głównie po to, żeby wziąć prysznic), nie marnowaliśmy czasu i już kolejnego dnia rano ruszyliśmy w kierunku tajemniczych skalnych kościołów w rejonie Tigraj.

Kościołów tych jest podobno około stu (a tak naprawdę może i więcej, bo śmiem twierdzić, że ze względu na ich absurdalnie niedostępne położenie, części z nich po prostu jeszcze nie odkryto).

Zdecydowana większość wybudowana wysoko w górach, niektóre zaś zajmują niedostępne skalne groty wysoko pod szczytami. Nie sposób się do nich dostać nie wspinając się po litej skale. I nie mam tu na myśli wysokogórskiego treku. To też, ale dodatkowo dochodzi element najprawdziwszej wspinaczki wysokogórskiej po pionowych niemal ścianach. A jeśli ktoś doświadczenia na skałkach nie liznął w przeszłości (patrz: ja) to po pierwsze musi liczyć się z tym, że zarówno ręce jak i nogi w pewnym momencie przybiorą postać żelka Haribo, a po drugie istnieje fenomenalnie wysokie ryzyko co najmniej jednego mini ataku paniki po drodze (surprise, surprise, patrz: ja).

I właśnie taki jest Kościół Abuna Yemata Guh – co to jest za miejsce! Niektórzy piszą o nim jako o najniebezpieczniejszym kościele świata i szczerze, wcale nie uważam aby była to przesada. Nie skłamię, jeśli napiszę, że wspinaczka do niego, bez jakichkolwiek zabezpieczeń, była największym wyjściem ze strefy komfortu w moim wydaniu na przestrzeni ostatnich kilku lat. Naprawdę.

Tym co jest niemal darem od niebios tamże, to lokalni panowie, którzy wspinają się przed i za tobą i wręcz pokazują gdzie krok po kroku stawiać stopy i dłonie. Bez tego, ani rusz. Ta pomoc warta jest każdych pieniędzy a panowie oczekują zaledwie dolara napiwku na głowę. Najbardziej uczciwa praca świata!

Addis Abeba, której nie dane mi było zobaczyć zbyt wiele

Stolicę Etiopii potraktowałam nieco po macoszemu. Jednak zrobiłam to z powodów zupełnie ode mnie niezależnych. Na jej zwiedzanie przeznaczyliśmy ostatni dzień naszego pobytu. Niestety ja ten dzień spędziłam okrutnie osłabiona i struta w łożku, modląc się aby wirus, który mnie dopadł, polazł sobie we wszystkie diabły przed nocną podróżą do domu. Ponadto z racji konieczności odbioru skonfiskowanej nam kamery, musieliśmy na tym lotnisku pojawić się kilka godzin wcześniej niż planowaliśmy. Doczytaliśmy, że procedura odbioru może przeciągnąć się do kilku godzin i woleliśmy nie ryzykować. Zatem zamiast zwiedzać najprężniej rozwijające się w ostatnich latach, miasto Afryki Subsaharyjskiej, przyszło mi zwiedzić co najwyżej hotelową łazienkę.

Jedyne co udało mi się zaobserwować w stolicy Etiopii to fakt, że stanowi ona obecnie monstrualny plac budowy. I jeśli przyjdzie mi zawitać w ten rejon świata za kilka lat, istnieje duże prawdopodobieństwo, że Addis Abeba będzie wówczas nie do poznania.

Etiopia, z której wszyscy wyszliśmy

Przyglądając się Etiopczykom, trudno się zdecydować czy więcej wśród nich osób o mleczno-kawowym odcieniu skóry, czy ciemnoczekoladowej karnacji. A pamiętać trzeba, że to przecież Etiopia jest miejscem gdzie odnaleziono Lucy – pra-przodkinię wszystkich ludzi!

Ta Etiopia, którą zobaczyłam, daleka jest jest od moich dawnych, dość krzywdzących wyobrażeń, które miałam na jej temat lata temu. Pierwszy obraz, który wówczas stawał mi przed oczami, to półnagie małe dzieciaki z pękatymi brzuszkami i zaropiałymi oczami. I tak, Etiopia w dalszym ciągu zmaga się z jednym z najtrudniejszych na świecie kryzysów w opiece okulistycznej. Brak dostępu do czystej wody i opieki medycznej prowadzi często do nieodwracalnych uszkodzeń wzroku. Nawet nas kilka razy zaczepiono prosząc o krople do oczu lub jakiekolwiek wsparcie. Ten problem jest realny. Pokrzepiające wieści są takie, że organizacje międzynarodowe (włączając w to nasze rodzime – polskie inicjatywy) prowadzą misje lekarskie i niosą pomoc dotkniętym chorobami wzroku.

Ale sama Etiopia jednocześnie rośnie dziś w szalonym wręcz tempie tempie. I chyba trochę nie nadąża za tym tempem. Boom demograficzny (dziś Etiopia liczy ponad 130 milionów mieszkańców, podczas gdy jeszcze 40 lat temu było ich około 40 milionów) mimo ciągłego, stabilnego wzrostu PKB, przemienia się w kryzys demograficzny. Bo oto największe miasta w kraju, borykają się z problemem przeludnienia, a jednocześnie zmieniają się w oka mgnieniu.

Ta część kraju, którą udało nam się zobaczyć, jest przepiękna. Pod względem obcowania z naturą, zdecydowanie przerosła moje oczekiwania. I tak naprawdę wzbudziła moją ciekawość, jaki ten kraj jest np. na południu. Myślę, że chciałabym kiedyś o tym napisać inną opowieść.