La Digue, ocean, zachód słońca, Seszele, Afryka

Seszele (k)raj nie tylko dla nowożeńców

Seszele to jedno z tych miejsc, co do których, zanim zaczniesz się nim interesować, nie masz pewności czy jest to odrębne państwo czy może jednak terytorium zależne byłych potężnych kolonizatorów, którzy panoszyli się na morzach i oceanach kilkaset lat temu. Bo o Seszelach zwykło się wspominać niemal wyłącznie jako o destynacji dla … nowożeńców. Ten mityczny raj z lazurową wodą, granitowymi głazami na dziewiczych, usianych miękkim jak mąka piaskiem, plażach, działa na wyobraźnię. Jednocześnie dość rzadko jest destynacją, którą wybiera się, aby po prostu zwiedzać.

Reputacja Seszeli przez lata budowana była w oparciu o ich dobro narodowe, jakie stanowi linia brzegowa. A plaż to wyspiarskie państwo na Oceanie Indyjskim ma porozrzucanych po swoich 115 wyspach, bez liku. Dlatego trudno się dziwić, że Seszele płyną na fali matrymonialnej, a sporo atrakcji jest tam szytych pod szczęśliwych zakochanych.

Co poza plażowaniem?

Czy wobec tego Seszele są w stanie zaoferować coś więcej niż sączenie wody kokosowej na przepięknej plaży w cieniu palm? Wygląda na to, że tak. Wystarczy że zdecydujecie się poświęcić parę dni błogiego lenistwa na wybrzeżu na rzecz kilku połączeń promowych i autobusowych, które pozwolą wam poruszać się między wyspami.

Seszele w porze deszczowej

Nie jest normą chęć wyprawy na tropikalne wyspy podczas pory deszczowej. No bo kto o zdrowych zmysłach chciałby plażować w deszczu? W tym miejscu, od razu zburzę, niesłusznie powtarzany mit, że w porze deszczowej na Seszele wybierać się nie warto.

Pora deszczowa wcale nie oznacza, że nie zaznacie tam słońca i tropikalnego klimatu. My spędziliśmy ponad 10 dni na trzech różnych wyspach w środku sezonu deszczowego i prawdziwa ulewa zawitała do nas tylko jednego dnia. Wtedy od świtu do mniej więcej drugiej po południu utknęliśmy za ścianą wody. Wszystkie pozostałe dni nie różniły się praktycznie w ogóle od szczytu sezonu. Deszcz uprzejmie padał nocami a za dnia ustępował miejsca słońcu.

Innymi słowy ta demonizowana pora deszczowa na Oceanie Indyjskim nie jest tak straszna jak ją malują. Dodatkowym jej atutem jest mniejsza liczba turystów i niższe ceny na miejscu. A trzeba to podkreślić – Seszele są krajem drogim i jeśli nie chcemy zbankrutować po pierwszych trzech dniach pobytu tam, warto skorzystać ze “zniżek” jakie oferują np. właśnie podczas mniej obleganego sezonu.

Trochę jak król, trochę jak żebrak

Przed Wami fragment mniej elegancki, taki który trochę trąci życiem studenckim. No bo wyobraźcie sobie: lecicie na egzotyczne Seszele – te same, na które nigdy nie było was stać gdy jako nastolatkowie przeglądaliście foldery biur podróży, które listonosz zapamiętale upychał w waszych skrzynkach pocztowych (kto pamięta te czasy please stand up, please stand up).

Seszele były zawsze na końcu katalogów obok równie egzotycznych Malediwów, na tej najwyższej, zwykle niedostępnej półce. Nie jakaś tam Bułgaria, Mielno czy Tunezja, tylko Seszele! Te najbardziej egzotyczne z możliwych, te pokazywane w amerykańskich filmach. Te same, które obiecywały bajeczne widoki, drinki z parasolką, ogromne muszle i wyskakujące z wody delfiny z zachodzącym słońcem w tle.

Oczywiście nigdy też nie wspominały o tym, że komary w pelerynach niewidkach będą cięły was w tyłki, że ten piach o konsystencji mąki będzie tak oblepiał wasze spocone od gigantycznej wilgotności ciała, że pierwszą potrzebą stanie się prysznic co 15 minut, że stołować się w knajpie to zapomnijcie, bo pójdziecie raz i wypstrykacie się z funduszy na całą resztę wyjazdu. O ile o pierwszych dwóch aspektach tej “wycieczki” nie bardzo wiedziałam, przylatując na Seszele, o tyle na punkt numer trzy byłam przygotowana i przybyliśmy odpowiednio zaopatrzeni.

Jak dopiąć budżet w kraju drogim jak Norwegia – poradnik małego skauta

Bo my na Seszele proszę Państwa, przybyliśmy jak klasyczne Polaki-cebulaki – wydanie „mountain dew”, czyli z naręczem górskiej żywności liofilizowanej. I w tym oto momencie powinnam na tę wypowiedź spuścić podszytą lekkim zażenowaniem kurtynę milczenia. Ale, jakkolwiek uśmiecham się pod nosem pisząc te słowa, to nie żałuję tej decyzji. Jak wspomniałam wcześniej, Seszele to kraj drogi, który celuje w turystę zamożnego. Absolutną rzadkością są tu ludzie podróżujący budżetowo z plecakami. Co wcale nie oznacza, że się nie da. Da się, tylko trzeba być gotowym nie pewne niewygody, które w moim odczuciu absolutnie nie ujmują doświadczaniu tego kraju, nie odbierają niczego, może poza doznaniami smakowymi kuchni lokalnej.

Jednak gdy człowiek nie je mięsa, ryb i owoców morza, w niektórych krajach bardziej niż w innych ma zawężone pole manewru jeśli chodzi o wybór opcji żywieniowych. Mimo że Seszele nie plasowały się nawet w top 5 najtrudniejszych kulinarnie krajów, po których przyszło mi podróżować, upiekliśmy dwie “pieczenie” na jednym ogniu, zabierając ze sobą jedzenie, o którym wiedzieliśmy, że będziemy mogli je jeść wszędzie (wrzątek jest zawsze do zdobycia) i oszczędzając naprawdę spore kwoty nie stołując się w restauracjach na wyspach. Ponadto ruch ten był przemyślany, bo kupując bilety lotnicze właśnie w niskim sezonie, po pierwsze zapłaciliśmy mniej więcej 30% mniej za loty plus wyjątkowo mieliśmy w cenie bagaż nadawany, więc owo dodatkowe miejsce na zaopatrzenie chyba drugi raz w życiu rzeczywiście wykorzystaliśmy.

Seszele i logistyka na wyspach

Nie każda wyspa w ramach archipelagu jest łatwo dostępna i niemal każda rządzi się swoimi własnymi wewnętrznymi regułami poruszania się po niej. Spora część wysp jest też po prostu niezamieszkała. Największa – Mahe, czyli ta, do której dociera większość połączeń lotniczych, jest dobrze skomunikowana. Mniejsze wsypy takie jak La Digue, mają bardzo ograniczony ruch samochodowy i zwykle po wyspie jeździ się Melexami lub rowerami.

Auta wykorzystywane są raczej do zaopatrzenia sklepów, hoteli etc. Pośrednie wyspy np. Praslin poza ekstremalnie drogimi taksówkami, oferują też wyjątkowo przystępny cenowo transport publiczny.

Pamiętając o tym, że niska cena zbiera swoje żniwo, trzeba się przygotować na to, że autobusy nie jeżdżą według rozkładu, są ciasne, często zatłoczone i jest w nich piekielnie gorąco. Ale za to za przejazd w każdy zakątek wyspy płaci się niecałego dolara za osobę, co przy 25 dolarach za osobę za analogiczny odcinek taksówką, robi drastycznie dużą różnicę. Nie muszę chyba dodawać, że właśnie lokalne autobusy stały się naszym ulubionym środkiem transportu. No a poza tym, i to chyba najlepsze, podróżujesz w towarzystwie niemal wyłącznie mieszkańców wyspy, więc lokalny koloryt masz w cenie.

Warto pamiętać aby przed podróżą zainstalować aplikację komunikacji miejskiej Seszeli. Następnie doładować konto tak, żeby po wejściu do autobusu, zeskanować u kierowcy wygenerowany kod QR z opłaconym przejazdem. Na jego podstawie, kierowca wydrukuje nam bilet (paragon). Działa to nadspodziewanie sprawnie, nawet gdy nie masz połączenia internetowego w momencie podróży.

Transport między wyspami

Decydując się na Seszele, od razu wiedzieliśmy, że chcemy odwiedzić co najmniej trzy różne wyspy. Żeby to zrobić, jeszcze będąc w Polsce naszkicowaliśmy plan, kiedy i na którą wyspę chcielibyśmy zawitać. Mniej więcej trzy miesiące przed wylotem, sprawdziliśmy dostępność i ceny połączeń promowych między wyspami. Wtedy też kupiliśmy bilety na konkretne promy, gwarantując sobie spokój ducha, że biletów nie zabraknie na wybrane przez nas dni.

Gdzie mieszkać?

Na Mahe w pierwszym rzucie mieszkaliśmy w guest housie na wzgórzu, który oferował obłędny widok na ocean. Ale zafundował nam też nie lada wysiłek, gdy przyszło nam włazić pod górę z całym bagażem na plecach. Tu kilka słów o opcjach mieszkaniowych na wyspach. Seszele pełne są ekskluzywnych resortów gdzie cena za noc przyprawia o ból głowy. Jednak na Airbnb albo Booking-u można też znaleźć naprawdę sporo propozycji noclegów w cenach dużo bardziej zbliżonych do polskich. Jeśli dobrze poszukać, można zamieszkać w zaskakująco dobrych warunkach – zwykle nie nad samą plażą, ale za to z widokiem jak np. ten do którego przyszło nam się budzić przez dwie pierwsze noce na Mahe.

Szlak Robinsona Crusoe

Seszele obudziły we mnie wspomnienia ze szkoły podstawowej. Te wspomnienia gdy zatracałam się w przygodach bohatera jednej z moich ulubionych lektur szkolnych – Robinson Crusoe. To książka, która (poza Dziećmi z Bullerbyn na najwcześniejszym etapie mojej przygody z literaturą) zakotwiczyła się na zawsze w mojej głowie. Lubię wierzyć, że miała jakiś pokrętny wpływ na moją ciągłą chęć odwiedzania coraz to innych zakątków świata. A skojarzenia te pojawiły się samoistnie, głównie za sprawą okoliczności przyrody, kiedy to przyszło nam się przedzierać do samotnych plaż.

Plaż do których dostępu strzegą oplecione lianami wiekowe drzewa, niewidoczne gołym okiem, acz mocno hałasujące na szlakach cykady i raz po raz powodujące przyspieszone bicie serca, stworzonka kryjące się w poszyciu leśnym.

Będąc na Mahe ogromną stratą byłoby nie przejść choć jednego szlaku w Morne Seychellois National Park. My zdecydowaliśmy się na przedłużoną wersję Anse Major Nature Trail. Przedłużoną, bo mieszkaliśmy jakieś trzy kilometry od początku szlaku i w rezultacie skończyło się na mniej więcej 15 kilometrach treku w górę i w dół wzdłuż pięknego wybrzeża.

Szlak nie nastręcza zbyt wielu trudności, przewyższenia są dość łagodne a trasa bardzo malownicza. Ruszyliśmy chwilę po siódmej rano, bilety do parku kupiliśmy online (na wypadek, gdyby w budce strażników przy wejściu nikogo nie było tak wcześnie). Okazało się, że słusznie, bo faktycznie było całkowicie pusto. Sam szlak prowadzi do odizolowanej plaży, na której spędziliśmy co najmniej godzinę całkowicie sami. A gdy pierwsi pojedynczy wędrowcy zaczęli się tam schodzić, my już byliśmy w drodze powrotnej.

Z krótką wizytą w Victorii

Droga na drugą największą po Mahe wyspę Praslin okazała się nie być tak gładka jak przewidywaliśmy. Złapaliśmy autobus jadący do stolicy Seszeli – Victorii, skąd z portu odpływają dość regularnie promy na sąsiednie wyspy. Sama Victoria to miasteczko dość chaotyczne, w którym nie umiałabym wskazać jednego wyjątkowo godnego polecenia miejsca. Ale może to wynikać z faktu, że byliśmy tam dosłownie dwie godziny. Nasz spacer po okolicy w oczekiwaniu na prom skończył się na przyjrzeniu się zminiaturyzowanej wieży zegarowej, imitującej londyńskiego Big Bena na rondzie w środku miasta.

Odwiedziliśmy też lokalne sklepiki z rękodziełem, w których zaopatrzyliśmy się w kilka pamiątek. Ponieważ na promie, można mieć przy sobie tylko drobny bagaż, wszelkie większe plecaki lub walizki są nadawane w “luku bagażowym”. Tym samym na stacji promowej należy być co najmniej 1,5-2h przed wypłynięciem. I my ten właśnie czas poświęciliśmy na spacer po Victorii.

Zielono mi – czyli pierwsza przeprawa promowa na Praslin

Sam boarding na prom odbył się całkiem sprawnie i poza mniej więcej 20-minutowym staniem w kolejce, przebiegł bez komplikacji. Fun fact: w kolejce obok nas stała Kasia Kowalska – tak TA Kasia Kowalska. Za to podróż po wzburzonym dnia poprzedniego oceanie stała się drugą najgorszą przeprawą promową jakiej doświadczyłam w życiu. Niechlubne pierwsze miejsce na podium w dalszym ciągu po 10 latach zajmuje prom na Corn Islands w Nikaraguii. Wówczas chyba tylko dzięki ogromnej sile woli nie zaprezentowałam współpasażerom co i w jakiej kolejności jadłam danego dnia na śniadanie. Płynąc na Praslin bujało. Bujało tak jakbym siedziała w kolejce górskiej, której szczerze nienawidzę. Bujało tak, że czułam żołądek łaskoczący mi migdałki miotełką z piór. Uratował mnie Aviomarin, który wzięłam co prawda za późno, bo już po tym jak intensywne mdłości zaczęły pukać do mych drzwi. Ale koniec końców wyszłam z tej podróży z twarzą. Zieloną co prawda, ale twarzą.

Promowa obsługa klienta na medal

Absolutnym zaskoczeniem zaś, było dla mnie zachowanie obsługi pokładowej. Natychmiast po wypłynięciu, stewardzi zaczęli roznosić torebki i chusteczki pasażerom. Po krótkiej chwili zaś zbierać nieczystości, które pojawiały się raz po raz, najczęściej dokoła małoletnich podróżnych. Robili to bez mrugnięcia okiem, profesjonalnie, z klasą i szacunkiem dla pasażerów. Czapki z głów dla tych państwa.

Z dobrych wiadomości – podróż promem na Seszelach nie zawsze przebiega w tak trudnych warunkach. Gdy kilka dni później łapaliśmy inny prom z La Digue na Mahe z przystankiem na Praslin, podróż była łagodna. Obyło się bez incydentów, a ja ukołysana leciutkimi falami i naćpana Aviomarinem, praktycznie całą podróż przespałam.

Praslin – niegdyś piracka przystań, dziś miejsce rezerwatu wpisanego na listę światowego dziedzictwa UNESCO

Praslin jest inna niż Mahe. Jest przede wszystkim mniej “miastowa”. To jedyne miejsce w którym zdecydowaliśmy się zamieszkać w domkach przy samej plaży. Okazało się to być naszym najdroższym noclegiem podczas pobytu na Seszelach.

 

Tak, na Praslin wpadliśmy w ten plażowy klimat przez trzy noce, które tam spędziliśmy. Beztroskie śniadania na ganku. Poranna kawa, gdy obserwowaliśmy wijące sobie gniazdo na rosnącej w ogrodzie palmie ptaszki, które pracowicie krzątały się w obejściu. Spacery po plażach i nadrabianie zaległości książkowych w cieniu szumiących palm w całkowitej ciszy. Bo miejsce w którym mieszkaliśmy to tylko 4 domki i poza nami była tam tylko czwórka gości. Ten luksus przestrzeni spowodował, że ani razu nie weszliśmy sobie w drogę i tylko odgłosy morza wplatały się w tę błogość.

Seszele i ich kokosy w wersji XXL

A potem dnia drugiego przyszedł potop. Obudziła nas już przed szóstą rano ściana wody za oknem. W obliczu takiego rozwoju wypadków zdecydowaliśmy, że jest to ten dzień, który przeznaczymy na odwiedzenie rezerwatu Valle de Mai. Rezerwat ten stanowiący część Parku Narodowego Praslin znajduje się na środku wyspy i jest dość szczególny. Szczególny głównie za sprawą endemicznych palm rodzących największe na świecie orzechy kokosowe. Ich waga dochodzi do 20 kilogramów.

Chodząc po pagórkowatym terenie Valle de Mai spoglądasz raz po raz przez ramię, oczekując że zza gigantycznych liści otaczającej cię dżungli, wyściubi nos jakiś zbłąkany dinozaur. Bo to miejsce chwilami przywołuje klimat parku Jurajskiego. A my dodatkowo chodziliśmy po nim podczas ulewy, co automatycznie spowodowało, że było raczej odludnie. I mimo że ogromne parasolowate liście palm dość skutecznie chroniły nas przed przemoczeniem, to jednak przyszło nam brodzić w błotku przez kilka godzin.

Obszar, mimo że nie jest szczególnie obszerny, to robi wrażenie i warto wyskoczyć z tych dwudziestu kilku dolarów za wstęp. Choćby tylko po to, aby zorganizować sobie czas w deszczowy dzień. A przy okazji nacieszyć oczy przyrodą, której nie zobaczymy nigdzie indziej na świecie. Nam na przykład udało się namierzyć wysoko w koronach drzew, papugę czarną, spotykaną tylko na Seszelach.

La Digue malująca najpiękniejsze zachody słońca

Trzecia wyspa – La Digue mimo, że oddalona o zaledwie pół godziny promem od Praslin, przywitała nas pięknym słońcem. To tu znajdują się te plaże, które pozdobywały rzekomo najwyższe noty w światowych rankingach.

Jednak aby się do nich dostać, trzeba wykupić dzienną wejściówkę do parku narodowego (10 Euro za osobę).  Można też odwiedzić je przypływając tam od strony morza.
My ochoczo skorzystaliśmy poniekąd z obu opcji.

Najpierw pobiegliśmy tam o świcie, gdy tylko otwarto bramy parku. Dzięki temu za towarzystwo mieliśmy tylko dwa małe kotki, które żyją tam w dziwnej symbiozie z rodziną krabów. A następnie w ciągu dnia, gdy słońce było już w zenicie, wybraliśmy się na eksplorację okolic w kajakach. To, nie ukrywam, było strzałem w dziesiątkę, bo dało zupełnie inną perspektywę do podziwiania wyspy.

Na La Digue przyszło nam mieszkać w domu, który przywodzi na myśl ekranizację powieści Karen Blixen – Pożegnanie z Afryką. Nieco w głębi wyspy, zatopiony w środku wielkiego ogrodu jednokondygnacyjny dom z ogromnym tarasem. Otoczony gęstymi drzewami i krzewami uginającymi się od bujnych kwiatów, po których harcują ptaki.

Widok z tarasu na soczyście zielone wzgórza, nad którymi raz po raz przelatują gigantyczne nietoperze żerujące na okolicznych drzewach owocowych.

Cisza. Kompletna cisza, zakłócana jedynie głośnym rechotem żab, które pod osłoną nocy wykluły się w powstałej po niedawnych ulewach gigantycznej kałuży.

Seszele – gdy żółwie śpią na twoim podwórku a kraby wchodzą ci do domu

Bardzo łatwo jest się przyzwyczaić do bujnej natury, która na Seszelach nienachalnie acz stanowczo daje o sobie znać. Kumkające w kałużach żaby, ryby w przydrożnych rowach (!), gigantyczne nietoperze latające w koronach drzew, jaskrawe ptactwo, które tak łatwo pomylić z kwiatami i … olbrzymie, powolne i jakże majestatycznie piękne żółwie.

Te ostatnie spotykane są na La Digue powszechnie. Powolne przypominające wielkie głazy, niespiesznie przeżuwają liście. Spoglądają na ciebie spod przymrużonych powiek, mądrymi wiekowymi oczami, które widziały więcej niż mogłoby ci się zdawać. Część z nich (o zgrozo) żyje w zamknięciu w zabłoconej zagrodzie na terenie parku. Stanowią atrakcję turystyczną dla dzieci i dorosłych. Ci nagminnie wchodzą im na grzbiety, szczerząc swoje nieskażone w danej chwili myślą twarze, do telefonów w imię poklasku social-mediowego świata. Na szczęście są też i takie okazy, którym poszczęściło się na tyle, że swobodnie wędrują po wyspie swym powolnym krokiem.

Nocują to tu, to tam u sąsiada na podwórku, czasem wchodząc w szkodę, częściej jednak przywołując pobłażliwe uśmiechy na twarzach lokalnych mieszkańców. Takie osobniki spotkane na drodze zawsze wywołują szczery zachwyt i refleksję. No bo przecież one były tu przed nami… i to my zabraliśmy im spokój.

Z Mahe na Mahe za jednym zamachem

Na Mahe rozpoczęliśmy i tam też zakończyliśmy naszą raczej niespieszną pętlę po kilku wyspach Seszeli. Każda z nich przywitała nas czymś innym i każda zostawiła po sobie nieco inne wspomnienia. To co je łączyło, to niewątpliwie kojące widoki, szum oceanu i poczucie, że wbrew powszechnej opinii, Seszele nie są destynacją tylko dla zamożnych nowożeńców. Przedstawiciele klasy średniej, podróżujący z plecakiem też się tu odnajdą. Bo i czemu by nie?

Jeżeli pasjonujesz się odkrywaniem niezwykłych miejsc lub po prostu jesteś ciekawa(y) świata, zapraszam Cię serdecznie do zapoznania się z innymi wpisami na moim blogu!