Liban – maleńka śnieżna kraina w epicentrum napięć geopolitycznych

Nie mogę powiedzieć, żebym szczególnie interesowała się Libanem, zanim tu zawitałam. Możliwe, że jeszcze 10 lat temu zapytana o ten kraj, błądziłabym myślami gdzieś między falafelem a hummusem. Jednak jak to mówią – apetyt rośnie w miarę jedzenia i im więcej człowiek doświadcza tego nieco dalszego świata, tym częściej i mocniej odczuwa potrzebę zmiany otoczenia. Tym samym dotarłam i do Libanu i szczerze mówiąc, to nawet nie wiem jak zacząć tę opowieść o niewielkim kraju na Bliskim Wschodzie, którego większość obywateli mieszka poza jego granicami, gdzie śnieg potrafi odciąć szereg miejscowości od świata na długie miesiące, gdzie mieszkańcy borykają się z gigantycznym kryzysem ekonomicznym i budząc się rano przy dźwiękach dzwonów kościelnych przeplatanych nawoływaniami muezina, nie mają pewności, czy pod osłoną nocy ich własny rząd nie zaanektował oszczędności ich życia.

Jedyne czego byłam pewna na temat Libanu, zanim postawiłam tu stopę, to obraz Libańskiej flagi narodowej, który pozostał ze mną od czasów licealnych, gdy przed maturą, na dodatkowych fakultetach z geografii, kartkowałam albumy i atlasy udostępniane chętnym przez nauczycielkę. Być może stało się tak, bo to flaga charakterystyczna i łatwo zapada w pamięć, a może urzekł mnie w niej motyw roślinny – no bo jak tu nie lubić flagi, na której rozpościera się piękne drzewo cedrowe?

Cinkciarze, reglamentowany prąd i taksówkarskie życzenie śmierci

Do Libanu dotarłam wczesną jesienią 2022, gdy kraj już od dłuższego czasu zmagał się z głębokim kryzysem ekonomicznym. Skutkowało to tym, że walutę kupowałam na ulicy a zasłyszane informacje o tym, że Liban jest najdroższym krajem Bliskiego Wschodu, włożyłam w kieszeń i nigdy ich nie wyjęłam, bo okazały się być całkowicie nieprawdziwe (wystarczyło, że człowiek kompletnie zrezygnował z płatności kartami płatniczymi i na bieżąco śledził uliczne kursy wymiany, a wszystko było w zasięgu ręki). Bardzo realne zaś okazały się dość regularne, wielogodzinne odcięcia energii elektrycznej. Chciałoby się powiedzieć, że Liban a jednak ciemności … Egipskie – w domach, na ulicach, nawet na trasie szybkiego ruchu prowadzącej z lotniska do centrum Bejrutu, niemal każdej nocy panowała atramentowa ciemność. Swoją drogą ta niewiele ponad półgodzinna podróż z lotniska do centrum, na długo pozostanie w mojej pamięci, za sprawą aspirującego do miana rajdowca roku, kierowcy taksówki, który za cel postawił sobie zrobienie z moich wnętrzności shake’a proteinowego. Gdy już szlachetnie odstawił nas w środku nocy pod spowity czernią hotel, w którym czekało nas dość nieoczekiwane kardio – (bo przecież brak prądu to niedziałająca winda, a lokum na piątym piętrze, no i plecaki coś tam ważą), to byliśmy tak zmęczeni, że nawet zimny (bo brak prądu to brak działającej termy) prysznic musiał poczekać do rana. A ranki w Bejrucie są już całkiem inne niż pogrążone we śnie, ciche, czarne noce…

Złe, dobrego początki

W Libanie spędziliśmy kilka dni, a wiedząc jak surowe panują tam zimy, które potrafią odciąć pół kraju od “cywilizacji” na długie tygodnie, celowaliśmy tak, aby ta krótka podróż odbyła się latem. Nasz narodowy przewoźnik lotniczy miał jednak wobec tej koncepcji zgoła inne plany i zakupione ze sporym wyprzedzeniem bilety, z dnia na dzień anulował, po czym rozkosznie wlazł do nory pt. “brak kontaktu”.

Gdy po kilku dniach ciszy, moja frustracja, rozpoczęła swój nieważki lot w przestrzeni mediów społecznościowych, odezwał się do mnie dawny znajomy, który będąc obecnie pracownikiem wiadomych linii, zaoferował swoją pomoc. Chyba nie muszę mówić jak bardzo pomógł, skoro bilety odzyskaliśmy w akceptowalnym i jak się potem okazało lepszym (bo i mniej upalnym) terminie, a ja zaczęłam wierzyć, w to, że faktycznie nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

Liban – miasto okiem piechura

Mimo, śnieżnych i srogich zim, wpisanych w historię, flagę i nawet nazwę tego kraju (zarówno biały kolor na fladze jak i słowo Liban symbolizować mają śnieżne szczyty górskie), wczesny wrzesień przynosi jeszcze ostatnie gorące oddechy lata, które roztapiają asfalt na ulicach a ochoczo spacerującego po okolicy turystę otulają lepkimi łapkami wilgoci, której trudno się pozbyć w pełnym słońcu. Zdzierając podeszwy butów podczas wielokilometrowego włóczenia się, jak to zwykliśmy robić we wszelkich stolicach, które odwiedzamy, dorobiliśmy się spalonych w słońcu ramion i przyjemnego zmęczenia – bo Bejrut, poza dość stromym zejściem do linii brzegowej, okazał się być całkiem wdzięcznym miastem do pieszych wędrówek – ba, nawet dwukrotnie udało nam się pobiegać o świcie po przybrzeżnej promenadzie, bez konieczności reanimacji, co uważam za spory sukces.

Bejrut – gdzie meczety tulą się do kościołów a żołnierze stawiają pasjansa w cieniu żywopłotów z drutu kolczastego

Z rzeczy charakterystycznych i nieco uciążliwych, bo ograniczających niejako swobodę przemieszczania się po Bejrucie, są niezwykle gęsto poustawiane punkty wojskowe i obwarowania z drutu kolczastego. Najczęściej okupują je znudzeni młodzi żołnierze, którzy za głodowe stawki (według zasłyszanych na miejscu informacji w czasie gdy tam byliśmy wynagrodzenie żołnierza pełniącego służbę na jednym z setek takich stanowisk wynosiło mniej więcej 1/3 tego co zarobiłby pracując w pierwszym lepszym sklepie na kasie) pełniąc obowiązkową służbę wojskową, pilnują nie wiadomo czego a w rzeczywistości dni upływają im na graniu w karty i paleniu papierosów.

Trudno też nie zauważyć w Bejrucie skutków aktów wandalizmu, które zdarzają się tu coraz cześciej a są efektem buntu mieszkańców wobec złodziejskiej polityki ich własnego rządu. W ich wyniku, poza mnóstwem zabitych deskami pustostanów (również tych powstałych po olbrzymiej niszczycielskiej eksplozji w Bejruckim porcie z 2020 roku, która pozbawiła domu ponad 250 tysięcy ludzi) w mieście spotkać można zdemolowane bankomaty, budki telefoniczne, sklepy czy posterunki policji…

Ale gdy odejdzie się nieco od ścisłego centrum w kierunku wybrzeża, mamy szansę doświadczyć jednych z piękniejszych okoliczności przyrody rozpościerających się, jakby nie było, wciąż w warunkach miejskich. A wszystko to za sprawą “Gołębiej Skały” Pigeon Rock, która niczym latarnia morska, tkwi u wybrzeży, po kolana w wodzie, od setek już lat i zapewnia wyjątkowo miłe dla oka doznania wzrokowe.

Bejrut jest miastem kilkuwyznaniowym i być może posądzona zostanę tu o zbyt daleko idące porównanie, ale w moich oczach sąsiadujące ze sobą meczety i kościoły katolickie jawiły mi się niczym lustrzane odbicie nie tak znowu dalekiej Jerozolimy. Czy ta różnorodność rodzi konflikty? Zależy kogo spytać – jedni twierdzą, że żyją w jako takiej harmonii, inni ostatni konflikt zbrojny kładą na kambr właśnie tych różnic religijnych i światopoglądowych— ja o obecnej sytuacji Libanu i jego mieszkańców dowiadywałam się głównie od lokalnego chłopaka, którego poznaliśmy gdy zdecydowaliśmy się ruszyć pod syryjską granicę, żeby przyjrzeć się z bliska odległemu o niemal 100 km od Bejrutu kompleksowi świątynnemu Baalbek …

Baalbek – zaskakująco puste starożytne miasto słońca

Droga do Baalbek daje możliwość podziwiania przepięknej, najbardziej żyznej w kraju, doliny Bekka położonej między dwoma pasmami górskimi. Doliny, która praktycznie zaopatruje cały kraj w szeroko pojęte płody rolne. Przejeżdżając przez jej środek, przy słonecznej pogodzie, jak na dłoni widać nie tylko monumentalne góry ale i terytorium sąsiedniej Syrii.

Sam kompleks świątynny w Baalbek jest, jak dotąd, moim absolutnie ulubionym sposród tych, które miałam okazję w życiu zobaczyć (pozycję lidera dzierży wraz z Khmerskim Angkorem, który odwiedzałam kilka już lat temu wałęsając się godzinami po okolicy w ulewnym, gorącym deszczu i wówczas miało to swój nieodparty urok). Być może ta przewaga w mojej ocenie wynika z faktu, że gdy odwiedzaliśmy Baalbek, był niemal całkowicie pusty, co w zestawieniu z np. rzymskim Koloseum, greckim Akropolem czy jordańską Petrą jest całkowitą, fantastyczną dla mnie odmianą.

W Baalbek jest cicho i spokojnie, a przechadzając się między kamiennymi blokami, mogłam nie spiesząc się cieszyć oczy otoczeniem i uwieczniać na zdjęciach naprawdę zaskakująco wdzięcznie pozujące odwiedzającym od wieków pozostałości budowli.

Anjar – gdy Syria graniczy z … Armenią

W dość bliskiej odległości od Baalbek znajduje się niewielkie przygraniczne miasto Anjar, zamieszkiwane w znamienitej większości przez ludność Ormiańską. A w mieście tym, kolejny antyczny kompleks, szczycący się (podobnie jak Baalbek) wpisem na listę światowego dziedzictwa UNESCO i w równym stopniu zapewniający możliwość niemal samotnego zwiedzania starożytnych ruin na obszarze ładnych paru kilometrów kwadratowych.

Podobno Anjar podczas wojny domowej pełniło strategiczną rolę, gdy angażująca się w nią armia syryjska utworzyła tu jedną ze swoich głównych baz wojskowych. Dziś życie płynie tu raczej leniwie a przechadzając się po odkrytym terenie w pełnym słońcu, spotykasz zdecydowanie więcej jaszczurek aniżeli ludzi.

Liban i jego największe bogactwo – Lasy cedrowe

Liban bez wątpienia ma mnóstwo do zaoferowania turystom – kawał historii, zabytkowe miasta, unikalną kulturę, świetną kuchnię i coś, co bije wszystko inne w przedbiegach – naturę!

Myślę, że zaskoczeniem nie będzie, gdy powiem, że należę do tych osób, które zawsze przedkładają to co stworzone przez naturę ponad to co zbudowane przez człowieka, więc las, pustynia, czy samo włóczenie się po górach zawsze wygrają z choćby nie wiem jak pięknym miastem czy budowlą. Tym samym odwiedzając nowe miejsca staram się dotrzeć do wszelkich perełek istniejących tu przed nami – ludźmi i możliwie często z miast po prostu uciekam na rzecz treku w okolicznych górach, biegania po lasach na przedmieściach czy po prostu ruszenia w interior. Ot taki zew natury, który wybrzmiewa w głowie ilekroć odwiedzam nowe okolice.

W Libanie zew ten krzyczał dość głośno ale i w miarę szybko został uciszony, gdy tylko ruszyliśmy w lasy cedrowe. Na północ od Bejrutu, po przejechaniu mniej więcej 100 km serpentynami górskimi dotarliśmy do Tannourine Cedar Reserve czyli rezerwatu absolutnie oszałamiających prastarych (niektóre okazy mają po 4 tysiące lat!) drzew cedrowych.

I tu niech zdjęcia obronią się same, bo życia by mi nie starczyło, gdybym miała próbować opowiadać ile te drzewa widziały na przestrzeni ostatnich kilku tysięcy lat … Mnie zachwyciły.

Baatara George – spektakularnie wyschnięty wodospad

W drodze powrotnej z leśnego raju, postanowiliśmy też zajrzeć w okolice wodospadu Baatara George, mimo że mieliśmy świadomość, iż o tej porze roku będzie wyschnięty, żal było nie podjechać, będąc po sąsiedzku – mawiają, że wodospad ten plasuje się w czołówce wodospadów na świecie … jednak myślę, że bardziej spektakularne wrażenie robi, gdy jednak spływa nim woda, a dzieje się tak tylko gdy topnieją śniegi. We wrześniu taki spektakl jest raczej mało prawdopodobny, więc tym razem będąc tam musieliśmy uruchomić wyobraźnię.

Na deser zamiast libańskich słodyczy i pachnących słońcem świeżych fig, zostawiliśmy sobie rundkę po lokalnych winnicach (i rodzinnych winiarniach), a że udało nam się zorganizować lokalnego kierowcę, mogliśmy sobie pozwolić również na degustację, która, nie ukrywam, zaowocowała zakupem kilku butelek bardzo przyzwoitych w smaku trunków, do dziś spoglądających na mnie ze stojaka, gdy tak czekają na swój dzień i okazję…

Liban – czy było warto?

Tak, tak i jeszcze raz tak! Liban to kraj o relatywnie małej powierzchni, jednak ma w sobie niemal wszystko i w którąkolwiek stronę się nie ruszyć, wszędzie znajdzie się coś godnego uwagi.

Mimo, że w tej podróży zabrakło mi nieco morza, które przegrało nieuczciwą i wcale nie wyrównaną walkę w pojedynku na rejon najbardziej godny zobaczenia, cały wyjazd był nadzwyczaj udany! Na tyle udany, że z czystym sumieniem polecam odkrycie Libanu po swojemu a sama absolutnie nie wykluczam powrotu do krainy śnieżnych cedrów w niedalekiej przyszłości.