
Tadżykistan przywitał nas … Afganką, jak tutejsi mieszkańcy zwykli nazywać duszącą zawiesinę dymu i piachu, która mrocznie spowija niebo, a przywędrowuje tu właśnie z nad Afganistanu. Jeszcze 30 lat temu zjawiała się tu zaledwie kilka razy do roku, jednak zmiany klimatyczne znacznie zwiększyły intensywność i częstotliwość, pojawiających się tu duszących obłoków. Dziś mieszkańcy muszą się z nią mierzyć nawet kilka razy w miesiącu. Z pozoru zjawisko to jedynie ogranicza widoczność, ale w rzeczywistości ma długotrwały, negatywny wpływ na jakość życia mieszkańców stolicy Tadżykistanu. Nawet rząd podczas “wizyt” Afganki, w oficjalnym stanowisku zaleca aby zamykać okna, ograniczać wychodzenie z domu do minimum i nawadniać organizm możliwie często. Mi również podczas pierwszego, zaledwie godzinnego spaceru po mieście, przyszło odczuć nieprzyjemne skutki drapiącej w gardło mieszanki pyłu i piachu.
Dushanbe – poniedziałek, do którego zawitałam w czwartek
Dushanbe w wolnym tłumaczeniu z Farsi oznacza „poniedziałek”. Nazwę miasto odziedziczyło po odbywającym się tu lata temu, największym bazarze w okolicy, na który zjeżdżali kupcy i kupujący z całego regionu. Dushanbe jest miastem dość nietypowym, momentami wręcz imponującym. Sam pałac prezydencki stanowi zadziwiający widok i według mnie, zawstydza nasz rodzimy.
Nie spodziewałam się, że centrum Dushanbe będzie tak okazałe. Nie tylko budowle, ale i okalające je nieskazitelnie czyste parki zapadają w pamięć. Tadżycką stolicę zaczęłam poznawać już po zmroku, gdy po późnej kolacji, postanowiliśmy przespacerować się do centrum i odwiedzić Park Rudaki, rozciągający się na sporym obszarze miasta. Wówczas Tadżykistan dyskretnie ukazał nam się w odsłonie wieczorowej.
Kolorowe ptaki Tadżykistanu
To, co natychmiast rzuciło mi się w oczy, poza czystymi chodnikami, to niezwykle zdobne, kolorowe ubiory tutejszych kobiet. Tadżyczki zamieszkujące Dushanbe, są, jak do tej pory, najbardziej kolorowymi muzułmankami, jakie widziałam w życiu. Lubują się w cekinach, brokacie, zdobnych szpilkach i markowych torebkach. Trudno spotkać na ulicy dziewczynę ukrywającą się pod szczelnie zasłaniającym włosy, hidżabem. Tadżykistan to miejsce w którym kobiety głowy przykrywają bardziej na modłę naszych babć na wsi, wiążąc na głowach kolorowe chustki spod których swobodnie wypuszczają grzywki i końskie ogony. Spacerując po centrum, w zakurzonych butach trekingowych czułam się bardziej jak budząca politowanie uboga krewna z daleka, niż ściągająca na siebie ciekawskie spojrzenia turystka.
Miejski sznyt
To dość naturalne, że władze państwa chcą aby stolica ich kraju stanowiła wizytówkę na arenie międzynarodowej. Tadżykistan nie jest tu wyjątkiem. Na każdym kroku widać, jak wiele środków zostało zainwestowanych w rozbudowanie Dushanbe. Zarówno infrastruktura komunikacyjna, jak i charakterystyczne dla krajów byłego ZSRR, monumentalne budowle przykuwają wzrok. Przy czym te ostatnie mają już w sobie pewien powiew świeżości. Ot choćby biblioteka narodowa, która wyglądem bardziej przypomina pięciogwiazdkowy hotel w centrum miasta, niż postkomunistyczny koszmarek, który straszy nieforemną bryłą.

Parki miejskie natomiast są przepiękne. Zadbane, bardzo czyste – śmiem przypuszczać, że pod osłoną nocy, opiekuje się nimi sztab ludzi. Co zaskakuje, późnymi wieczorami są również niemal kompletnie puste, bo lokalni mieszkańcy wolą spędzać czas w sąsiadujących z nimi parkach rozrywki. Dzięki temu, my możemy cieszyć się długimi spacerami przy akompaniamencie jedynie wyjątkowo głośnych świerszczy, które kryją się w zaroślach i odległych nawoływań muezinów z meczetów okalających miasto.

Fan(n)tastyczne krajobrazy gór Fann
Noc przy zamkniętych oknach dusznego Dushanbe (gra słów zamierzona) zakiełkowała pomysłem, żeby uciec przed oblepiającym wszystko afgańskim pyłem, w góry. Dlatego o świcie ruszyliśmy 150 km na północny – wschód w malownicze góry Fann. Droga według mapy, powinna zająć maksymalnie dwie godziny. Oczywiście nie zajęła.

Przeprawa przez serpentyny, tunele i pełne wertepów i kolein szutrowe drogi trwała dwa razy tyle. Po drodze mijaliśmy zatrzęsienie chińskich inwestycji. Większość z nich działa na zasadzie wymiany barterowej, gdzie przedsiębiorczy Chińczycy na potęgę wydobywają metale ziem rzadkich, w zamian za co budują lub odnawiają tadżyckie drogi. Układ z pozoru korzystny dla obu stron. Coś mi jednak mówi, że strona tadżycka nie jest tu górą.
Im dalej od Dushanbe i wyżej nad poziomem morza, tym powietrze czystsze a temperatura niższa. Zbocza po drodze, mimo wczesnego maja, w dalszym ciągu pokryte są grubą warstwą śniegu. Gdy jednak tylko słońce przebija się przez nabrzmiałe deszczem chmury, wzgórza i doliny gór Fann, które obserwujemy z lotu ptaka, malują tak piękny pejzaż, że trudno się nim nie zachłysnąć.
Iskandarkul – lokalne Morskie Oko
Góry Fann są niemal niedostępne zimą. Drogi do nich prowadzące potrafią być zasypane kilkumetrową warstwą śniegu, co całkowicie odcina je od świata na wiele miesięcy. Dlatego tym bardziej cieszy mnie, że mieliśmy okazję chwilę po nich powędrować i nawet dotarliśmy do pięknie położonego jeziora Iskandarkul.

Jezioro o tej porze roku jest niemal opustoszałe. Brak tu jakichkolwiek ludzi, dzięki czemu teren jest niezadeptany i możemy w kompletnej niemal ciszy pokręcić się po okolicy. Nieśpiesznie odkrywamy a to ukryty za zakrętem wodospad, a to punkt widokowy, na który trzeba się uprzednio wdrapać.
Trek kończymy obiadem w jedynej knajpce usytuowanej nad samym jeziorem. Dziwi mnie fakt, że jest w ogóle otwarta przed sezonem i nie jesteśmy jedyną w niej klientelą. Zderzamy się tam z pierwszym tadżyckim posiłkiem podanym w wersji bezmięsnej (ku zgrozie właściciela).

Qurutob – okazuje się naprawdę smaczny – to danie przygotowane na bazie sfermentowanego jogurtu, w którym umoczony jest lokalny chleb, świeże pomidory, cebula, ogórki i bukiet ziół.

Wracając do miasta zwracam uwagę na liczne gromady dzieciaków oferujące kompleksowe mycie samochodów za równowartość 2-3 USD. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, jak wielu mają klientów. Okazuje się bowiem, że w Dushanbe obowiązuje zakaz poruszania się brudnymi samochodami (!) A niestosowanie się do tego przepisu skutkuje niemałym mandatem… Tym sposobem, Dushanbe z całą pewnością może pretendować do miana miasta najczystszych samochodów.
Niełatwy żywot Tadżyków
Mieszkańcy Tadżykistanu mimo że w dużej mierze wykształceni (nierzadko na kierunkach technicznych), często nie są w stanie znaleźć pracy w zawodzie. Co drugi szuka szczęścia (i zatrudnienia) poza granicami własnego kraju. Niestety przez nieodłączną bliską “zażyłość” z Rosją na przestrzeni lat, wszędzie wymaga się od nich wiz. O ironio, sami Rosjanie, traktują Tadżyków z góry. Przyjeżdżają tłumnie do Tadżykistanu w celach urlopowych i czują się tu jak u siebie. Jednocześnie oczekują, że będą traktowani po królewsku. Tę wzajemną niechęć da się zauważyć. A nastrojów nie poprawia fakt, że rozwarstwienie społeczne między tymi dwoma nacjami jest naprawdę duże. A cała ta rosyjska otoczka sprawia, że kultura tadżycka odchodzi gdzieś na dalszy plan i niknie w otchłani wpychającej się wszędzie cyrylicy.
Wschodni wiatr znad Iranu
Na terenach Tadżykistanu króluje Islam, jednak dawniej prym wiódł tu zoroastryzm, który przywędrował na te tereny prosto z Persji. Również sam język tadżycki w dużym stopniu przypomina Farsi. I mimo, że sami Tadżykowie nie są fanami choćby prac budowlanych wykonywanych u nich przez Irańczyków (twierdząc że są najgorszej jakości i nie dorównują tym tureckim lub chińskim), to splecionych z Persami korzeni, nie mogą się wyprzeć.
Ze względu na tereny górskie, które pokrywają ponad 93% kraju, w Tadżykistanie dość trudno o pola uprawne. Większość płodów rolnych musi być sprowadzana z zagranicy. Przychód kraj czerpie głównie z wody, a konkretnie potoków górskich. Generują one tanią energię, którą kraj może eksportować. Ponadto dość bogate zasoby metali rzadkich i surowców mineralnych dostarczają stabilnego zastrzyku finansowego do budżetu państwa.
W drodze na Pamir Highway
Kolejnego dnia ruszamy przez Pamir do Kirgistanu. Czeka nas dziewięć dni wzdłuż drugiej po Karakorum, najwyżej położonej drodze świata. Pięć osób w samochodzie, z prowiantem, zapasem wody i paliwa uzupełnionym jeszcze w Dushanbe. Towarzyszy nam para dzieciaków z Danii, które są w czteromiesięcznej podróży po Azji. Ledwo dwudziesto-kilku letni ale z zaciekawieniem i uprzejmym zainteresowaniem podchodzący do życia w drodze. Z miejsca wzbudzają moją sympatię i jakoś tak zazdroszczę im, że całe młode życie jeszcze przed nimi. Mogą dokonać tylu niezwykłych wyborów i zapisać te czyste karty, które zaważą na ich przyszłości.

Wyjazd z Dushanbe idzie sprawnie. Po kilku godzinach od przekroczenia granic miasta, zahaczamy o twierdzę Hulbuk.

Tam lokalny przewodnik – z wykształcenia historyk, za kilka dolarów oprowadza nas po podupadającym muzeum i odbudowanej na ruinach twierdzy. Na koniec dumnie pokazuje nam pozwolenie na pracę … na Łotwie. Dopiero co je otrzymał i za dwa miesiące rusza do Rygi, gdzie będzie pracował przy budowie autostrad. Czuje jakby wygrał los na loterii a uśmiech nie schodzi mu z twarzy.

Rzut kamieniem od Afganistanu
Tadżycy mówią o sobie, że papierologia i biurokracja to ich drugie imię, bo wymagają mnóstwa dokumentów i zezwoleń na niemal wszystko. I rzeczywiście, Tadżykistan nie należy do krajów, w których petentom w urzędach wychodzi się na przeciw. Przejazd przez Pamir Highway to w znacznym stopniu przejazd wzdłuż terenów przygranicznych rzut kamieniem (dosłownie) od Afganistanu. Pierwszy punkt kontrolny na trasie zastaje nas dość szybko, choć przedarcie się przez niego wcale szybkie nie jest. Celnicy lustrują nasze dokumenty i jedną z obowiązkowych 12-u kopii paszportów i zezwolenia na przejazd, które musimy całą drogę mieć przy sobie. W żółwim tempie wklepują kolejne dane do systemu, podczas gdy my dzielnie stoimy przed ich budką w palącym słońcu. Po mniej więcej półgodzinnym przestępowaniu z nogi na nogę, ruszamy.

Postanawiamy spontanicznie spróbować odwiedzić znajdujący się tuż obok w pasie przygranicznym rynek afgański. Co sobotę zjeżdżają na niego zarówno Afgańczycy jak i Tadżykowie sprzedając dosłownie wszystko. Niestety przez to, że jesteśmy tam w godzinach popołudniowych, jest już za późno i nie udaje nam się tam wjechać.

Kilometrami natomiast jedziemy wzdłuż rzeki, która stanowiąc naturalną granicę, oddziela Tadżykistan od Afganistanu. Obserwowanie drugiego brzegu, gdzie toczy się niespieszne życie Afgańczyków jest dziwnie satysfakcjonujące. Są niemal na wyciągnięcie ręki. Gdyby się uprzeć, można by w którymś zwężeniu rzeki przekrzyczeć nurt i porozmawiać z osobą na drugim jej brzegu. Dość szybko jednak, obserwacje te przerywa nam … kolejny postój.

Tadżykistan w drodze
Pierwszy nieplanowany postój wyreżyserowała sama natura. Wczorajsze ulewne deszcze spowodowały masowe osunięcia ziemi na drogę, kompletnie ją zasypując i uniemożliwiając ruch w którymkolwiek kierunku. W zasięgu wzroku widzimy kilkudziesięciu kierowców, którzy z założonymi na piersi rękoma obserwują roboty drogowe z wysokości nasypu na którym stanęli. Ich ciężarówki utworzyły już conajmniej kilometrowy korek, rzucając cień na spieczoną słońcem ziemię.

Wychodzimy z auta i czekamy cierpliwie aż jedyny aktor tego teatru siedzący w koparce, dzielnie walcząc z osuwającymi się głazami, zakończy swoje dzieło. Przymusowa przerwa trwa nieco krócej niż zakładałam, bo już po 1,5h udaje się oczyścić drogę i odpalamy silnik w kierunku pierwszego noclegu.
Qal’ai Khumb i wyścig z czasem
Nocujemy w niewielkim guest housie położonym nad rwącym potokiem w środku niepozornego miasteczka Qal’ai Khumb. To miejscowość, której największym atutem jest widok na rozciągający się nad nią łańcuch górski. Za 22 dolary od osoby dostajemy pokój z łazienką i kolacją w cenie.

Gdyby nie głośne sąsiedztwo kopcących papierosy Rosjan pod naszymi drzwiami i bogato-cygański wystrój pokoju, uznałabym tę miejscówkę za godną swojej ceny. Miłym zaś akcentem jest przygotowanie dla nas kolacji w wersji wegetariańskiej.

Duży odcinek drogi, który mamy do pokonania następnego dnia jest obecnie remontowany przez chińskie ekipy drogowców. Musimy przez to ruszyć w drogę o czwartej nad ranem aby uniknąć pięcio-godzinnego postoju w ciągu dnia, w czasie którego trasa jest zamykana na potrzeby prac remontowych.

Pobudka do najłatwiejszych nie należy, szczególnie że w nocy temperatura spadła do 10 stopni. Jednak zdecydowanie zaoszczędziła nam mnóstwa czasu w drodze do miejsca, gdzie mieliśmy rozpocząć nasz pierwszy trek do zaszytej w górach tadżyckiej wioski.
W wiosce z bajki
Liczy sobie ona niecałych siedemdziesięciu mieszkańców i jest absolutnym eldorado dla miłośników natury. Położona w dolinie do której można się dostać tylko pokonawszy uprzednio ponad 200m przewyższeń podczas dwugodzinnego marszu przez góry. Pakujemy więc dobytek potrzebny na jedną noc i w pełnym słońcu (bo przyszło nam iść o 11:00) ruszamy przed siebie. Przyznam, że wyssał ze mnie siły witalne ów spacer.
Z pokorą przyjęłam fakt, że będąc wystawioną na górskie słońce na wysokości 2500 m npm. już nieco inaczej znoszę wysiłek. Jednak dochodząc na miejsce, wiedziałam, że szybszy oddech na trasie był tego wart. Na wejściu wita cię szemrzący cichutko strumyk, który wije się wśród drzew i krzewów rzucających upragniony cień. Zastanawiasz się jakim cudem został tu przeniesiony z wioski Hobbitów. Bo wokoło czuć dziwnie bajkowy klimat. Jedyne co słyszysz, to delikatny brzdęk dzwonków pasących się na łąkach krów i delikatne dźwięki natury.

Ludzie jakby tu nie istnieli. Pojedyncze osoby przemykają gdzieś w oddali jak duchy, niosąc wodę ze strumienia lub doglądając czegoś w osłoniętym przed wiatrem palenisku. Tylko kozy i pasące się na zboczach krowy raz na jakiś czas dają o sobie nieśmiało znać. Podobnie z resztą jak śpiewające nad potokiem ptaki.

Wkraczając do tej magicznej krainy, rozpościera się przed Tobą obraz, który większość z nas zwykła malować w dzieciństwie. Bo właśnie docierasz do mitycznego “za górami, za lasami …” – zielona dolina otoczona jest z każdej strony górskimi szczytami a zza tych dwóch największych zawadiacko wynurza się słońce. U podnóża zaś krystalicznie czyste jezioro rozlewa się jak ta połyskliwa gigantyczna kałuża po soczyście zielonych łąkach. Patrzysz tak zahipnotyzowany na ten sielski krajobraz łapiąc oddech. I nie chcesz psuć tej chwili zbędnymi słowami. Jednocześnie zupełnie nie masz jeszcze świadomości, że następny prysznic przyjdzie Ci wziąć dopiero za dwa dni.
Sokrates w raju
Zatrzymujemy się u Gulchana, który kilka sezonów temu postanowił się “przebranżowić” i jako emerytowany w wieku 45 lat lokalny gospodarz-rolnik udostępnia jedno z pomieszczeń w swoim gospodarstwie wędrowcom. Oferuje też posiłki, więc nie musisz nosić ze sobą pod górę prowiantu. Wita nas w swoim skromnym obejściu świeżo zaparzoną herbatą i słodkimi przekąskami. Uderza mnie jak bardzo życie w tej maleńkiej wsi jest inne od naszego miastowego żywota. Niby człowiek dużo czyta, interesuje się tym jak żyją inni ludzie i jako takie obycie w świecie ma, zwykle wiedząc czego się spodziewać. A potem trafia do takiego miejsca i automatycznie zaczyna rozumieć co Sokrates miał na myśli mówiąc “wiem, że nic nie wiem”.
Kobiety przyrządzają posiłki na palenisku przed domem, pranie robią w lodowatym strumieniu przecinającym wioskę, potrzeby fizjologiczne załatwia się zaś w latrynach na skraju gospodarstw. Dziewczynki po zajęciach szkolnych (szkoła to izba w jednym z domostw) ruszają z kozami i owcami na pastwiska a chłopcy i mężczyźni w wieku 4-70 lat pracowicie przekopują i orają grządki pod uprawy. Plony z nich mają zapewnić żywność całej wsi przez zimę.

Moja głowa tak bardzo odpoczywa w tym pozbawionym sieci komórkowej, internetu, sztucznego światła i elektronicznych rozpraszaczy środowisku. Po raz kolejny przekonuje się jak takie odcięcie od świata ( a może właśnie to jest kontakt ze światem) wpływa zbawiennie na moje samopoczucie.
Jego wysokość – Tadżykistan
Mimo pierwotnych obaw, noc okazuje się nie być tak zimna jak myślałam. Gruba kołdra i koc wystarczyły aby zachować jako takie ciepło w lepiance, w której wszyscy śpimy. Poranek zaś okazał się zdecydowanie rześki i wizyta w sławojce nie obyła się bez kurtki. Mój organizm tej nocy zaczął niestety odczuwać skutki przebywania na znacznej wysokości. Nie mogę złapać pełnego oddechu i mam ogromne kłopoty ze snem. Liczę na to, że kolejna noc, którą planujemy spędzić mniej więcej 300m niżej, będzie łatwiejsza.

Po śniadaniu zjedzonym na oszronionej trawie przy akompaniamencie piania kogutów, pakujemy nasz skromny dobytek. Chwilę później ruszamy w drogę powrotną, z dość nietęgimi minami. Czuję, że każdy z nas zostałby w tym pachnącym niezmąconym niczym spokojem miejscu nieco dłużej. Myślę że każdy z naszej czwórki czuje w tym miejscu pewnego rodzaju pierwotną symbiozę z naturą.
Po przejściu znajomego już z wczoraj 6-kilometrowego szlaku zakończonego przeprawą przez chybotliwy most na górskim potoku, ledwo utrzymując się na plączących się z niewyspania nogach, wsiadamy do auta, aby spędzić w nim kolejnych kilka godzin. Droga jest kosmicznie nierówna. Czujemy się jak pranie w wirówce i nie ma najmniejszej szansy, aby odespać choć chwilę nieprzespaną noc.
W kamaszach wzdłuż granicy
Jedziemy w stronę miasta Khorog. Po drodze zawieszam wzrok na surowych krajobrazach, gdzie raz po raz mijamy trzyosobowe patrole nastoletnich żołnierzy z mlekiem pod nosem. W żarzącym słońcu spacerują wzdłuż granicy, która ciągnie się dziesiątkami kilometrów wzdłuż rzeki Panj, biegnącej przez region Korytarza Wachańskiego.
Służba wojskowa w Tadżykistanie jest obowiązkowa i trwa dwa lata. Większość żołnierzy wysyłanych na patrole wygląda, jakby dopiero co miała pisać maturę, albo co gorsza, podchodzić do egzaminu do liceum. Często rzucają okiem na białe twarze z zaciekawieniem, czasem nawet pozdrowią machnięciem ręki. Najczęściej jednak spoglądają tęsknym wzrokiem w stronę klimatyzowanego auta.

Khorog i poczta do “nigdy nigdy”
Khorog w porównaniu z prowadzącymi do niego drogami, robi wrażenie niemal nowoczesnego. Korzystając z tego, że jesteśmy w mieście, obiad jemy w indyjskiej knajpie. Niestety jedzenie dalekie jest od dobrej hinduskiej kuchni, a na realizację zamówienia, czekamy ponad półtorej godziny. Ponieważ Khorog jest ostatnim ośrodkiem miejskim, w którym przyjedzie nam się zatrzymać w Tadżykistanie i mamy poczucie, że wizyta w knajpie zabrała nam za dużo czasu, wpadamy w szybki wir poszukiwań kartek pocztowych. Chcemy zgodnie z tradycją wysłać je do Polski. Zadanie okazuje się wykonalne tylko połowicznie, bo kartki faktycznie udaje nam się kupić w jednym ze sklepików z lokalnym rękodziełem. Jednak misja zdobycia znaczków pocztowych kończy się kompletnym fiaskiem. W szalenie trudnym do zlokalizowania urzędzie pocztowym wielkości szafy, panie robią wielkie oczy słysząc, że chcemy wysłać kartki za granicę. My natomiast wielkie oczy robimy słysząc ile ta przyjemność będzie nas kosztowała. Sto dolarów za cztery kartki pocztowe. Patrząc po sobie, uśmiechamy się, dziękujemy i wychodzimy. Kartki trafią do odbiorców pocztą lotniczą w moim plecaku.

Przed udaniem się do miejsca noclegowego, zahaczamy jeszcze o górujący nad miastem szumnie nazywany ogrodem botanicznym, park. Niestety poza kompletnym widokiem na miasto, nie oferuje niczego szczególnego i dość szybko się z niego ewakuujemy. Noc w Khorog spędzamy w warunkach niemal luksusowych, bo w prywatnym pokoju z dostępem do czystego prysznica i toalety. Umycie włosów po 3-dniowym rajdzie w kurzu jest najlepszym zakończeniem dnia. Malutki homestay, który został przerobiony z części domu rodzinnego zdecydowanie przewyższa nasze oczekiwania. Udaje mi się nawet przespać tam kilka godzin. Wówczas jeszcze nie wiem, że będzie to moja ostatnia w miarę przespana noc przez najbliższe 4 dni.
W drodze do Langar
Po obfitym śniadaniu zaserwowanym przez gospodynię, pakujemy manatki i ruszamy w drogę wraz z dzieciakami udającymi się do szkoły. Na ulicach co chwilę migają nam biało-granatowe mundurki, warkoczyki z pomponami i kolorowe plecaki. Tadżykistan to kraj, w którym dzieci nie zawsze mają szkołę w bliskim zasięgu. Czasami muszą do tej szkoły iść wiele kilometrów. Nagminnie na poboczach dróg spotykamy 6-8 letnie dzieci łapiące podwózkę do lub ze szkoły. Nie umiem sobie wyobrazić takiej sytuacji w którymkolwiek kraju świata zachodniego.

Dziś czeka nas spory kawałek drogi a dzień zapowiada się upalny. Zatrzymujemy się w pierwszej wiosce, żeby w miejscowym sklepiku zaopatrzyć się w produkty na lunch, który zjemy po drodze. Z lokalnym chlebem wielkości stolika kawowego, kostką sera i naręczem pomidorów, zatrzymujemy się kilka godzin później na prywatnej działce. Rozłożyste drzewo oliwne rzuca cień, z którego chcemy skorzystać. Przemiły gospodarz nie dość, że nie ma nic przeciwko abyśmy skorzystali z jego włości nad strumieniem, to jeszcze wdaje się z nami w pogawędkę i przynosi termos gorącej wody, umożliwiając nam uraczyć żołądki herbatą lub … zupką chińską.
Langar – Mekka cyklistów?
Naszym kolejnym miejscem noclegowym ma być Langar. To niewielka wieś na trasie Pamirskiej, w której od czasu do czasu spotkać można rowerzystów pokonujących ten wymagający kawałek świata na swoich dwóch kółkach.

Czytając o Pamirze przed przyjazdem tutaj, wielokrotnie natrafiałam na wzmianki o tym, że Pamir Highway jest trasą ukochaną przez ambitnych rowerzystów. Poziom trudności pokonania tej drogi na rowerze jest naprawdę wysoki przy dziennych przewyższeniach dochodzących do kilkuset metrów i dziurawych jak uzębienie dentofoba, drogach. Jednak zapierające dech (dosłownie i w przenośni) widoki rekompensują katorżniczy wysiłek. Jadąc tu byłam przekonana, że rowerzystów będziemy spotykali po drodze nagminnie. Tymczasem dopiero w Langar natrafiłam na jednego gościa w lajkrze.

Patrick – bo o nim mowa, lat 60+ przyleciał do Azji Centralnej z Normandii i rozpoczął swoją trasę w Kazachskich Ałmatach. Tak się składa, że jedzie w tym samym kierunku co my – do Osh w Kirgistanie. Podróżuje sam na swoim ważącym ponad 80 kg rowerze, gdzie pewnie sam rower to 1/10 tej wagi. Pozostały balast to ekwipunek z którym się przemieszcza. Będąc sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem a także kucharzem, tragarzem i towarzystwem, musi liczyć się z tym, że przybytku w sakwach jest naprawdę sporo. Przy dobrych wiatrach pokonuje dziennie 60 km, przy gorszej drodze i większym nachyleniu terenu, kilometry nikną pod kołami sporo wolniej.
Podejście bez tlenu a tadżyckie jurty
Życząc Patrickowi powodzenia i łagodnej trasy, ruszamy dalej na północ. Po drodze robimy morderczy trek na Panorama View (ponad 4500 n.p.m.) To właśnie tu po raz pierwszy podczas tej podróży, wysokość tak bardzo daje mi popalić. Moje płuca tracą wydolność na tyle, że tempo podejścia robi się wręcz ślimacze. Liczba przystanków, podczas których sadzam cztery litery na kamieniach, żeby uspokoić tętno, rośnie z każdą minutą.

Oczywiście jak to z trudnymi podejściami bywa, nagroda na szczycie jest zawsze zadowalająca bądź przewyższająca oczekiwania. Tym razem szlak też sam się obronił. Pierwotnie mieliśmy w tym czasie wybrać się na dwudziestokilometrowy trek pod Engels Peak. Niestety jednak warunki pogodowe panujące tam na początku sezonu, i roztopy skutkujące śliską nawierzchnią, odwiodły nas od tego pomysłu.
Zastępczo noc spędziliśmy w Yurt Campie na odludziu. Była to noc zimna a do jurty wkradał się dym z nieszczelnego piecyka rozpalonego przez sąsiadów. Dodatkowo opary siarki z pobliskich mokradeł nie ułatwiły snu. Finalnie spędziłam tę noc gapiąc się ze swojego posłania prosto w niebo, nie zmrużywszy oka.
Dzień świstaka
Z jurt, nieco inną drogą, przez pustynny, księżycowy krajobraz ruszamy w stronę granicy z Kirgistanem. Powoli kończymy tadżycką część Pamir Highway. W drodze do Kara-kul przejeżdżamy przez małą miejscowość – Murgrab. Jemy tu lunch i pozdrawiamy jeden z ostatnich wciąż “zdobiących” tę część kraju pomników towarzysza Lenina.
Widoki po drodze są niewiarygodne. Co rusz na pustyni spoglądają na nas ciekawskie świstaki. Udaje nam się nawet dojrzeć pustynnego lisa, który umyka spłoszony hałasem samochodu. Krajobraz od wczoraj uległ zmianie, jest bardziej pustynnie – widoki przywodzą na myśl wspomnienia naprzemiennie z Chile i Iranu.
Kara-kul – przystanek Alaska na końcu kraju
Po kilku godzinach dojeżdżamy nad położone na wysokości 3960 m n.p.m. jezioro Kara-kul. To tu spędzimy naszą ostatnią noc w Tadżykistanie, zanim trzysta metrów wyżej przekroczymy granicę z Kirgistanem. Gdy docieramy nad Kara-kul, mam wrażenie jakbyśmy wjechali w opustoszałe miasteczko rodem z krainy Inuitów.

Wietrzne alejki między niskimi, krytymi blachą zabudowaniami prowadzą nad zamarznięte jeszcze o tej porze roku jezioro. W samej wiosce spotkać można głównie liczne stada jaków, których gęste futro powiewa na wietrze. One same zaś wydają ostrzegawcze pomruki, gdy tylko podejdzie się do nich zbyt blisko. W zakurzonych obejściach widać też grupki umorusanych dzieciaków, które zapamiętale machają do nas krzycząc radosne “hello” ilekroć przechodzimy obok.
Mimo że po rozpadzie Związku Radzieckiego, miejscowość ta została włączona w granice Tadżykistanu, Kara-kul jest miejscem w którym 90% mieszkańców stanowią Kirgizi. Również strefa czasowa, w której się znajdujemy jest kirgiska i nie omija nas przedwczesne przestawienie zegarków o godzinę.

Tadżykistan zapewnia nam wyjątkowo ciepłą ostatnią noc, bo ogrzewaną piecem kaflowym w guest housie, w którym śpimy. Wraz z grupką innych czworga turystów, przy niezliczonej ilości filiżanek herbaty, wymieniamy się historiami i doświadczeniami z włóczęgi po świecie. W końcu zastaje nas noc a ja z głową pełną wrażeń, kładę się do łóżka, aby spędzić ostatnią bezsenną noc w krainie Tadżyków.
Kirgistan za miedzą
Zdążyłam się przyzwyczaić do wspólnych śniadań przy herbacie i porannego pakowania tobołków do auta, któremu towarzyszy przyjemny dreszczyk niepewności, co też czeka nas w kolejnym dniu. Ruszamy do Kirgistanu, gdzie zmienimy auto. W planach na kolejne dni mamy podejście pod szczyt Lenina. Trasa do granicy jest dość krótka i zajmuje nam ledwo godzinę. Czynności celne po stronie tadżyckiej odbywają się pod czujnym okiem prezydentów obu krajów, spoglądających na nas z ogromnego banera na ścianie jednego z budynków. Wyjazd z Tadżykistanu to jednak nie koniec przeprawy. Zaczyna sypać śnieg a następnie grad, co skutkuje gigantycznym błockiem na drodze.

Kilkugodzinni bezpaństwowcy
W parokilometrowym pasie bezpaństwowym między oboma krajami, mamy zmienić auto i kierowcę, który powinien tam już na nas czekać. Jednak po przyjeździe w umówione miejsce, nie zastajemy go. W rezultacie przychodzi nam czekać kolejne 1,5 h godziny w błocie. Temperatura mocno spadła, wiatr na tej wysokości solidnie wieje i odczuwalna temperatura znacznie odbiega od poprzednich dni. Nie wiem czy to Kirgistan nas tak wita, czy Tadżykistan nie chce wypuścić.

Gdy nasz transport się zjawia, pełni zapału ruszamy w stronę granicy kirgiskiej. Zastajemy tam trzy auta 4×4, które jak się okazuje po chwili, koczują tam już czwarty dzień. Jakaś średnio ogarnięta wycieczka rosyjska, nie sprawdziła, że potrzebuje oddzielnych pozwoleń na przekroczenie granicy w tym miejscu. Nas na szczęście czeka jedynie dwadzieścia minut formalności i oto jesteśmy na kirgiskiej ziemi. Ziemi, która mimo, że dziś zalana gęstą jak mleko mgłą, w najbliższych dniach przyniesie nam jeszcze sporo wrażeń. Ale to już nieco inna górska historia, pełna świstaków, brodzenia w śniegu, suszenia skarpet na farelce i zębów na słońcu.

Jeżeli zainteresował Cię ten tekst i chciał(a)byś potowarzyszyć mi we wspomnieniach z innych podróży, zapraszam Cię również do pozostałych zakątków świata, które odwiedziłam.


